Oto fragment mojego postu z Huffington Post na temat wyniku wyborów na Ukainie i powrót Wiktora Janukowycza. Spodobała mi się też bardzo opinia z the Economist: "...trudno pokonać stare przyzwyczajenia. Praktyka kupowania sędziów i wyznaczania prokuratorów, którzy będą bronić interesów biznesu ma się dobrze. Pokusa, by nagiąć reguły i jeszcze raz wygrać cenne dobre okazała się zbyt mocna, żeby się jej oprzeć."
Najbardziej ironiczny w zwycięstwie Janukowycza jest fakt, że istnieje wiele świetnych powodów , dla których wynik ten jest zły dla Putina, a dobry dla Miedwiediewa. Jak zauważył w the Guardian Timothy Garton Ash "nie ma dowodów, że oligarchowie za nowym prezydentem chcą, by Ukraina przestała być niepodległym krajem. W ich interesie jest gra na dwie strony, między Rosją a UE."
Po pierwsze, posiadanie posłusznego sojusznika Kremla u władzy w sąsiadującym kraju podważa retorykę Putina o "Rosji jako oblężonej fortecy". Był to przez długi czas jego kluczowy argument uzasadniający autorytarne rządy w Rosji, otoczonej stale przez wrogie siły amerykańskie i że przejęcie przez niego władzy i ograniczanie praw miało na celu obronę ojczyzny. W tym sensie kolorowe rewolucje były dla putinizmu zjawiskiem pozytywnym.
Po drugie pozostaje sprawa Ukrainy jako demokratycznego przykładu. To trzeci z rzędu wybory, w których Janukowycz i jego partia wygrali w stosunkowo uczciwych warunkach (co okazało się znacznie bardziej skuteczne niż prosty przekręt z 2004) i wywołuje to znacznie większą presję na kolejne wybory w Rosji, które miałyby się jeszcze raz stać zamaskowanym żartem. Jeśli na Ukrainie mogą się odbyć prawdziwe wybory - mimo tego, jak potoczyły się wydarzenia i jaki był wynik w 2004 i 2010, czemu nie może być ich w Rosji? Oto radykalna koncepcja: może Rosjanom wolno będzie bezpośrednio wybierać rządzących, zamiast patrzeć, jak wyznacza ich Putin?
Leave a comment