Za tekstem Stevena Sestanowicza w the Washington Post:
Prawie wszystkie kraje byłego związku radzieckiego współpracują z zachodnimi rządami i między sobą, by możliwie najbardziej uniezależnić się od Moskwy. Kirgistan pozwala Stanom Zjednoczonym korzystać z baz lotniczych w drodze do Afganistanu mimo rosyjskich łapówek, Uzbekistan odmawia przyłączenia do organizowanych przez Rosjan sił szybkiego reagowania, Turmenistan zaprasza firmy europejskie i amerykańskie, by pomogły w ukróceniu władzy Gazpromu nas eksportem surowców energetycznych, prezydent Armenii wręcza nagrodę prezydentowi Grzji (w Moskwie uważanemu wciąż za ludobójcę) – wszystko to na przestrzeni kilku miesięcy, wydaje się jasne, że geopolityczna fala płynie we właściwym kierunku.Powyższy trend nie oznacza bynajmniej, że amerykańskie poparcie dla sąsiadów Rosji nie jest potrzebne. Sugeruje to raczej, że poparcie to ma poważne szanse na powodzenie. To, co Dean Acheson nazwał “dodaną energią i siłą Ameryki” może często być czynnikiem decydującym. Te państwa potrzebują treningu wojskowego i sprzętu, by mogły oprzeć się próbom zastraszania. Potrzebują dostępu do rynku, który uwolni ich od ekonomicznej zależności. Chcą uwagi dyplomacji, która powstrzyma próby interwencji w ich wewnętrzną politykę.