Neil Buckley z Financial Times pisze o sterowanych przez władze wiadomościach w rosyjskiej telewizji – o tym jak propaganda staje się bardziej subtelna, przebiegła i skuteczna.
Dziennikarze wydają się stosować do trzech niepisanych zasad. Po pierwsze przedstawiają wyłącznie rosyjską wersję danego problemu. Dobrym przykładem wydaje się sytuacja z roku 2006, kiedy Rosja toczyła z Ukrainą spór o ceny gazu. Argumenty strony ukraińskiej przeszły wówczas niemal niezauważone.
Druga zasada to nie wpuszczać na wizję opozycji. Tolerowani przez Kreml krytycy, tacy jak komuniści czy ultranacjonalista Władimir Żirinowski pojawiają się czasem na ekranie. Jednak przedstawiciele opozycji demokratycznej, jak mistrz szachowy Garri Kasparow czy były premier Michaił Kasjanow są niemal zupełnie nieobecni. Nawet Grigorij Jawliński, dwukrotny kandydat na prezydenta i szef liberalnej partii Jabłoko skarży się, że do państwowej telewizji nie jest zapraszany, a gdy już się w niej pojawia „montują moją wypowiedź tak, że brzmi idiotycznie“.
Zasada numer trzy: nie krytykuj prezydenta. Serwisy informacyjne w telewizji czasów Putina przyzwyczaiły nas do obrazków przywódcy wytykającego palcem błędy ministrów, gubernatorów czy oligarchów. Łatwo zrozumieć główne przesłanie tego typu wiadomości – w rządzie zasiada może grupa niekompetentnych kretynów, ale dobry car Putin zawsze czuwa nad bezpieczeństwem obywateli.