« Za (dużą) garść dolarów | Main | Aleksiej Miller i 250 dolarów za baryłkę ropy »

Ostatnie tango w Europie

bush%20w%20europie.jpg
Prezydent Bush podczas konferencji prasowej we Włoszech (zdjęcie AP)

Na taki właśnie materiał ostrzą sobie zęby dziennikarze i komentatorzy: krytykowany zewsząd George Bush odbywa pożegnalną podróż po Europie, a w jego napiętym sześciodniowym grafiku znajdują się wizyty w pięciu krajach, spotkanie z papieżem oraz dyskusje na temat Iranu, gospodarki, ropy i ochrony środowiska, a także bolesne rozliczenie z utratą przez USA "soft power". Naprawdę rzadko się zdarza, żeby redaktor naczelny pozwalał dziennikarzom pisać o zagranicznym przywódcy jako o nieudaczniku, który żałośnie kuśtykając usuwa się w cień, a nawet nie nadaje się już na wroga.

Jednak to właśnie „obojętność”, z jaką Europa odnosi się do wizyty Busha świadczy o przykrym nieporozumieniu ostatnich posunięć europejskiej geopolityki – jak słusznie zauważa John Vincour w poniedziałkowym artykule. Oczywiście zarówno ta podróż, prowadzona z grubsza śladami prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, jak i kilku wizyt Władimira Putina, nadal traktowanego jak faktycznego rządzącego, będą skłaniać do dostrzegania analogii między amerykańską i rosyjską spuścizną.


Po pierwsze, ciężko nie uznać osiągnięć Busha w kwestii zawarcia z Grupą Sześciu ważnych porozumień w kwestii zagrożenia Iranowi nałożeniem nowych sankcji (nie żebym sadził, ze one cokolwiek dadzą). W przemówieniu wygłoszonym podczas Szczytu USA - Unia Europejska, Bush – prawdopodobnie wypowiadając się w imieniu Grupy – powiedział: Grupa krajów ma dla Irańczyków prostą wiadomość: Będziemy was izolować, będziemy pracować nad sankcjami, nałożymy nowe sankcje jeśli zajdzie taka potrzeba – jeżeli nadal będziecie odrzucać uczciwe żądania wolnego świata, czyli jeśli nadal będziecie rozwijać program nuklearny. Jednak oprócz ostrych słów o Iranie, Bush był „łagodny jak gołębica”. Jak zauważył podczas długiego wywiadu korespondent londyńskiego Times’a, Dziś wypowiedzi Busha dużo mniej działają na nerwy, jego ton jest bardziej pojednawczy. Potrafi być autoironiczny. (…) Oczywiście, broni swojej decyzji o inwazji na Irak pięć lat temu. Jednak zniknęła buta i odrzucanie wszelkiej krytyki – Bush przyznaje, że należało to lepiej rozwiązać od strony dyplomatycznej.

Jednak to nie wystarczy i może być za późno na zmianę tonu – Europa nie zwraca już na niego uwagi. To smutne, zważywszy na to, ile ważnych kwestii poruszył Bush w swoim przemówieniu. Stojąc u boku słoweńskiego premiera Janeza Jansy i przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela Barrosy, Bush powiedział: "Dziękuję za wasze wsparcie w sprawie Iraku i Afganistanu. To niezwykłe, jak te kraje przeszły od tyranii do dobrze rokującej, młodej demokracji. Wierzę, że w naszym obopólnym interesie leży ciężka praca na rzecz ich przetrwania dla zachowania pokoju, praw człowieka i ludzkiej godności”.


Jednak dla mnie miarą słabnięcia amerykańskiej potęgi jest to, jak wielu cynicznie nastawionych obserwatorów będzie kategorycznie odrzucać słowa Busha o tyranii i prawach człowieka, odbierając to jako hipokryzję przywódcy pozwalającego na nadużycia w bazie Guantanamo. Moim zdaniem to smutne, że tak wiele osób będzie w sposób irracjonalny protestować przeciw wolności Afgańczyków i Irakijczyków przez samą niechęć do nadużyć Busha.


Ostatecznie, czy nie jest do zdrowe i normalne zjawisko, że przywódcy demokratycznych krajów w końcu tracą wpływy? Możecie nazwać mnie staroświeckim, ale terminowe i pokojowe przekazanie władzy w drodze wolnych i otwartych wyborów powinno być końcem, a nie środkiem.


Ani Putina, ani Miedwiediewa nie wypytywano tak szczegółowo podczas wizyt w Europie o praworządność i prawa człowieka.


Komentarz Johna Vincoura:


Cóż za ironia losu: Europa zawsze powtarza, że odległa o 5 tysięcy kilometrów Ameryka ma osłabić kontrolę nad własnymi interesami – i zawsze dostaje, to co chce.

Jednocześnie, biorąc Busha na celownik przez dwie kadencje, europejska opinia publiczna nie mówi praktycznie nic o wiszących nad nią groźbach putinowskiej Rosji – mimo, że ta straszy sąsiadów wycelowaniem w nich rakiet, ostrzega przed rozszerzaniem NATO i uznaniem niepodległości Kosowa oraz nie zgadza się na podpisanie karty praw, która umożliwiłaby uczciwą konkurencję i wiarygodność na zdominowanym przez Gazprom europejskim rynku energetycznym. (…)


I tu wracamy do starego modelu relacji Putin – Bush. W sprawie Iranu, dostaw energii, i Ameryki – przedstawianej jako światowy winowajca – Rosja robi co jej się żywnie podoba, a USA siedzi cicho. W ostatni weekend prezydent Miedwiediew, wiernie powtarzając słowa Putina, stwierdził, że to „gospodarczy egotyzm” USA jest odpowiedzialny za światowy kryzys finansowy. (…)


W takiej właśnie Rosji Putin święci triumfy, zachowując swoją pozycje i prestiż. Bush, który nigdy nie zmusił Putina do odsłonięcia kart, żegna się teraz ze wszystkimi i nie zawraca sobie głowy powracającymi problemami kraju swojego przyjaciela.


Podchodząc do Putina z ostrożnością i szacunkiem, i raczej z obojętnością niż wściekłością do Busha, Europa słucha jednego, a drugiemu uprzejmie przytakuje.

Myślę, że Vincour trafił tu w sedno sprawy. Obojętność Europy wobec Busha i przymilanie się do Putina (przy jednoczesnym odmawianiu Miedwiediewowi jakiegokolwiek wpływu na bieg spraw) przyczynia się do podtrzymywania największego nieporozumienia w sprawie Rosji – że Putin rzeczywiście ma władzę.


Wszystkie znane mi źródła kremlowskie potwierdzają, że Putin nie cieszy się w wewnętrznych kręgach szacunkiem, i to raczej chaos organizacyjny spowodował, że osadzono go u władzy. Putin nie jest wcale wspaniałym, dynamicznym przywódcą (sławionym przez magazyn „Time”), a raczej (jak szepcze się w kuluarach) – choć jest arbitrem w niektórych sporach na wysokim szczeblu – nie ma praktycznie żadnej kontroli nad konfliktami, wykroczeniami i anarchią, która zaczyna powoli i niebezpiecznie wzrastać na niższych szczeblach. Jak pamiętacie jeszcze niedawno słyszeliśmy o tym, że blisko jedną trzecią rocznego budżetu rosyjskiego rządu pochłania korupcja – a mimo to Europa uważa, że kraj jest dobrze zarządzany.


Za kadencji Putina byliśmy świadkami absolutnie bezsensownych morderstw politycznych na wysokim szczeblu w Rosji i poza jej terenami, co - przy całkowitej niezdolności rządu do rozwiązania tych spraw – bardzo poważnie nadszarpnęło reputację kraju. Grabież na wielką skalę i czerpanie korzyści było i jest powszechne wśród biurokracji, a zamęt organizacyjny w Rosji się pogłębia. Choć może to wyglądać inaczej w Londynie, Paryżu czy Berlinie, Putin najwyraźniej liczy na szacunek ze strony tych, na których ciąży współpraca z nim w tym chaotycznym machiawelicznym domu.


Przy całym szacunku i poważaniu, jakim cieszy się nie posiadający władzy despota, obecna seria niepowodzeń Busha w czasie jego pożegnalnej podróży po Europie staje się nieco bardziej gorzka.

TrackBack

TrackBack URL for this entry:
http://www.robertamsterdam.com/cgi-bin/mt/mt-t.cgi/5667

Post a comment

(If you haven't left a comment here before, you may need to be approved by the site owner before your comment will appear. Until then, it won't appear on the entry. Thanks for waiting.)

About

This page contains a single entry from the blog posted on 12 czerwca 2008 22:58.

The previous post in this blog was Za (dużą) garść dolarów.

The next post in this blog is Aleksiej Miller i 250 dolarów za baryłkę ropy.

Many more can be found on the main index page or by looking through the archives.

Powered by Movable Type 3.31
Hosted by LivingDot