Słowo w obronie rosyjskiego Ministra Obrony
Na ulicach Moskwy i na łamach rosyjskich gazet trwają dyskusje o wywiadzie z ,,prezydentem elektem” (tak nazywają Miedwiediewa po wyborach, by podkreślić, że nowy prezydent nie został wybrany, lecz wyznaczony), który opublikował ostatnio Financial Times. Dyskusje stały się już przydługie i nudna. Dlaczego? Bo nie ma o czym dyskutować. Brak informacji. Cały wywiad to lanie wody. W każdej odpowiedzi Miedwiediewa widać jego całkowitą zależność od Putina. Do tej kategorii zalicza się też według mnie także ostatnie zdanie, w którym przyszły prezydent zaklina się, że jest politykiem zupełnie niezależnym.
Ale zostawmy Miedwiediewa - to postać z wielu względów mało interesująca.Przyjrzyjmy się za to bliżej Ministrowi Obrony – Anatolijowi Serdiukowowi.

Na początek ciekawostka: Niedawno, mój współpasażer w pociągu okazał się oficerem wojsk lądowych. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach. O długim i nudnym wywiadzie Miedwiediewa, głupich reformach w wojsku, o tym, jak oficerowie uciekają z wojska... Kiedy nasza rozmowa zeszła na osobę ministra obrony, zrozumiałem, że oficer nie znał nawet imienia swojego ministra. Za to kiedy przywołałem dawnego ministra i członka GKCzP Jazowa, oficer od razu podał pełne imię - Dimitrij Timofejewicz. Warto zwrócić uwagę, że oficer był młody i nigdy nie służył pod kuratelą Jazowa.
Wydaje się, że w Rosji trwa dziś kampania mająca na celu podważenie autorytetu ministra obrony Anatolija Serdiukowa. Są oczywiście powody, żeby krytykować tego byłego kierownika sklepu meblarskiego (Tak, jak były powody, żeby krytykować byłego ministra Siergieja Iwanowa – obecnie pierwszego wicepremiera. Ale z jakichś powodów nikt nie krytykował Iwanowa. Pewnie dlatego, że jest byłym generałem FSB).
Nagle gazety zaczęły prześcigać się w pisaniu o ogromnym skandalu, jaki wybuchł w Ministerstwie Obrony. jego przyczyną miała być dyrektywa ministra Anatolija Serdiukowa, który chce zdjąć pagony z mundurów pracowników wojskowej służby zdrowia, prawników, dziennikarzy i biurokratów. Według rozporządzenia dyrektora urzędu, wszyscy członkowie wojskowego personelu zostają zastąpieni specjalistami w cywilu.
Jeśli decyzja wejdzie w życie prawie dwieście tysięcy ludzi należących do zbędnych kategorii pracowników straci połowę dotychczasowej pensji i zostanie pozbawionych wielu korzyści zarezerwowanych dla wojskowych.
Na początek wyjawię czytelnikom wielką wojskową tajemnicę: dyrektywa ministra obrony nie pojawiła się niespodziewanie. Zazwyczaj wydanie rozporządzeń tego typu poprzedzają długie i nudne awantury, niekończące się spotkania, dyskusje, sesje kolegiów wojskowych ministerstwa etc.
Nie ma wątpliwości, że wszystko to miało miejsce także w przypadku tego rozporządzenia. Nie mogło być inaczej. Dlaczego więc nagle pojawiło się wielu niezadowolonych generałów? I dlaczego podjęto niewojskowe metody w dyskusji na temat tej dyrektywy – na łamach gazet i w internecie?
Z jakiegoś powodu szczególne niezadowolenie wywołał fakt zepchnięcia do cywila dziennikarzy wojskowych. Jako były dziennikarz wojskowy, który służył 21 lat w siłach zbrojnych, pozwalam sobie wyrazić moje zdanie na ten temat bardziej szczegółowo. Zaznaczę od tego, że mówiłem otwarcie o tym, co oznacza dokładnie usunięcie pagonów z mundurów dziennikarzy wojskowych. Pamiętam, że kiedy sam je nosiłem mówienie prawdy było zakazane.
Do czasu upadku ZSRR do systemu wojskowych mediów informacyjnych wchodziło dziesiątki ogólnokrajowych gazet i magazynów, 24 gazety z okręgów wojskowych, gazety przeznaczone dla personelu wojskowego, dowódców, wojska i konkretnych oddziałów. Ca łkowity nakład tej specyficznej prasy dochodził to 7-8 milionów Egzemplarzy. Teraz ta liczba została zredukowana do 9 ogólnokrajowych gazet i magazynów, 11 tytułów z okręgów wojskowych, 7 gazet dla dowództwa i 22 periodyków konkretnych formacji wojskowych.
Nakład głównego dziennika Ministerstwa Obrony, Krasnaja zwiezda (Czerwona gwiazda) wynosi 56. Najbardziej znany magazyn Orientir wydawany jest w nie więcej niż 15 tys. egzemplarzach. Przeciętny nakład okręgowej gazety wojskowej wynosi ok. 4 tysięcy, a gazet dla dowódców i formacji wojskowych – ok. 15 tysięcy kopii.
Według danych Ministerstwa Obrony, tylko Czerwona gwiazda jest wydawana przez pełną redakcję – redaktorów, zastępców, szefów działów i korespondentów. Zespoły okręgowych gazet wojskowych zostały zredukowane do redaktora naczelnego i szefów działów.
Dynamikę spadku nakładu wojskowej prasy mogą odzwierciedlać następujące liczby. W roku 1992, w zespole redakcyjnym gazet okręgowych było do obsadzenia 27 oficerskich stanowisk dziennikarskich, z czego 26 było wypełnionych. W roku 1998 obsadzonych było 19 z 25 stanowisk oficerskich. W 2003 roku 18 z 22. Wśród nich tylko 9 oficerów miało wykształcenie dziennikarskie.
W roku 2007 pozostało 13 oficerskich stanowisk dziennikarskich (3 – przede wszystkim w kadrze administracyjnej, 10 – kreatywnej). Z nich tylko jeden oficer miał wykształcenie w tym kierunku (na Wydziale Dziennikarstwa Akademii Wojskowej rosyjskiej MOD Federacji Rosyjskiej).
Zgodnie z rozporządzeniem ministra Serdiukowa, od roku 2008, w każdym zespole redakcyjnym zostanie tylko dwóch wojskowych: redaktor naczelny i jego zastępca. Wszyscy inni mają być cywilami.
,,Jeśli tak się stanie, będzie to koniec wojskowej prasy” – zareagował na dyrektywę ministra jego zastępca generał Mikołaj Pankow.
Szczerze mówiąc koniec wojskowej prasy nastąpił już dawno. Dziennikarze wojskowi przestali być dziennikarzami 20 lat temu, kiedy stali się narzędziem wojskowej propagandy. Jeśli wcześniej, w czasach ZSRR, polityczna administracja wojska i floty reagowała na swoje publikacje, po pierestrojce finansowanie i sposoby zabezpieczania gazet i magazynów stały się po prostu złe. Wszystko to doprowadziło do sytuacji, w której dziennikarz z okręgowej gazety wojskowej zaczął dostawać kilka razy mniejsze stawki niż jego koledzy po fachu w cywilu.
Na przykład dzisiaj w gazecie Daleko-Wschodniego Obwodu Wojskowego Suworowski nacisk, najlepiej opłacany dziennikarz, publikujący w regionalnych i ogólnokrajowych gazetach, dostaje miesięczną pensję w kwocie 9190 rubli. Pozostali korespondenci ( z doświadczeniem 25-30 lat) 7400-8500 rubli.
W tej sytuacji nie powinno nikogo dziwić że niewielu prawdziwych dziennikarzy pozostało w redakcjach gazet i magazynów wojskowych.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że rola dziennikarzy wojskowych została zredukowana do wspierania oficerów, nikt nie potrzebuje takiego wojskowego dziennikarstwa. Przede wszystkim wojskowi.
Jest też inny powód, dla którego moim zdaniem nie powinno być dziennikarzy wojskowych. Fakt, że ich obecność narusza Konwencję Wiedeńską, według której dziennikarze – nie są kombatantami. W rosyjskim wojsku jest inaczej.
Używając języka menadżerów dziennikarze wojskowi, wojskowa służba zdrowia, prawnicy i inni – to dla wojska "dodatkowe środki".
Według danych statystycznych, co czwarty rubel zainwestowany w wojsko z budżetu państwa znika. Gdzie? Tego nie wie nikt. Myślę, że zaginione pieniądze idą właśnie na te dodatkowe środki.
Główną wadą wojskowych mediów informacyjnych jest to, że są podległe oficerom. Ich mundury to symbol tej zależności. Z powodu ich nieefektywności, nakład jest tak mały, że pisma przynoszą straty. To nie jest dziennikarstwo, ale propaganda. Prawo dotyczące mediów informacyjnych nie rozszerza się na nie w praktyce. (Nauczyłem się tego na własnej skórze).
Wszystko, co robią wojskowi lekarze, prawnicy, dziennikarze, sędziowie i prokuratorzy może być wykonywane przez specjalistów w cywilu. Dzieje się tak większości krajów świata. Serdiukow, jako księgowy i niewojskowy dobrze to rozumie i podejmuje słuszne działania.
Na koniec kilka słów o ,,wybranym” prezydencie. Dlaczego zaczęli prać brudy wojska właśnie teraz? Czy chodzi o to, że nowy prezydent chce wykazać swoje zaangażowanie w sprawę i chęć ,,poprawy sytuacji i głębokich reform”? A może chce na stanowiskach generałów nominować własnych ludzi? Trudno powiedzieć, bo w Rosji wszystko dzieje się jak zawsze za zasłoną tajemnicy wojskowej, która zwykle po bliższej analizie okazuje się bezpodstawna i nieciekawa. Zupełnie, jak wywiad Miedwiediewa dla brytyjskiej gazety.
Inforamcje dodatkowe:
W Siłach Zbrojnych służą:
- wojskowi lekarze – około 60 tysięcy.
- wojskowi prawnicy– około 50 tysięcy.
-pracownicy biurowi (poza służbą zdrowia) – ok. 80 tysięcy.
-dziennikarze wojskowi (włączając pracowników drukarni) – ok. 4,5 tysięcy.
Dane są szacunkowe - dokładnych liczb nie można uzyskać ze względu na tajemnicę wojskową.
Grigorij Pasko, dziennikarz.