April 2008 Archives

radio.jpg

Podczas 59 lat działalności Radio Wolna Europa/ Radio Wolność, stacja ufundowana przez rząd USA aby promować demokratyczne wartości i instytucje poprzez rozpowszechnianie prawdziwych informacji i idei doświadczyło wielu problemów. Jego sygnał był regularnie zagłuszany przez władze sowieckie, które atakowały także jego dziennikarzy. W katalogu z wystawy poświęconej historii Radia z 2001 czytamy: Według historyków Sowieci wydali 35 milionów dolarów na zakłócanie sygnału stacji – czyli dwukrotny budżet Radia Wolna Europa i Radia Wolność. Niektórzy politycy nasyłali na dziennikarzy szpiegów, a nawet zabójców: rumuńskiemu prezydentowi Nicolae Ceausescu udał się zamach na krytykującego go Emila Georgescu. Wybuch bomby w monachijskim biurze radia w 1981 roku spowodował straty w wysokości 2 milionów dolarów. W 1959 roku, dzięki ostrzeżeniom agenta kontrwywiadu, nie zadziałał plan umieszczenia trucizny w solniczce.


Po pierestrojce Gorbaczowa wiele osób uważało jednak, że to już koniec zakłócania działalności Radia Wolna Europa – nic bardziej mylnego.


26 kwietnia hakerzy przypuścili zmasowany atak na stronę internetową Radia. Później już poszło szybko – zablokowanych zostało siedem innych stron – kosowska, azerbejdżańska, tatarsko-baszkirska, strona Radia Farda, południowo-słowiańska, rosyjska i tadżycka. Chociaż te strony znów działają, białoruska nadal jest nieaktywna. Co ciekawe, atak nastąpił w 22 rocznicę katastrofy w Czarnobylu. Na stronie białoruskiej pojawia się ta sama „odmowa dostępu”, która zablokowała strony estońskiego rządu podczas konfliktu wokół Brązowego Żołnierza. Mimo zaprzeczeń Kremla Estończycy oskarżyli wówczas o organizację ataku rosyjski rząd.


Jeffrey Gedmin, dyrektor RWE/RW wydał następujące oświadczenie: Jeżeli w krajach, w których nadajemy, istniałyby wolne i niezależne media, my nie mielibyśmy powodu tam działać. Zarówno Białorusini, jak i Irańczycy kierują się tak naprawdę tymi samymi przesłankami. Dla nich swobodny przepływ informacji i idei jest zarodkiem społeczeństwa obywatelskiego. Zrobią wszystko, co w ich mocy, aby go powstrzymać. Nie cofną się w tej sytuacji przed cyberatakami.

prodi%20putin.jpg

Prodi jak Schroeder

Panie i panowie, stajemy się właśnie świadkami skandalicznego zjawiska w relacjach energetycznych Rosja – UE : do realizacji ogromnych rosyjskich projektów gazowych i ropnych zatrudnia się dawne głowy stanu, które za swojej kadencji te projekty przepchnęły. Gdyby nadal był wśród nas amerykański kongresman Tom Lantos, z pewnością odpowiednio by to podsumował.

Pierwszy był oczywiście były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, który zgodził się przyjąć lukratywną posadę w radzie nadzorczej projektu Gazociągu Północnego. To właśnie dzięki staraniom Schrödera i za jego kadencji ten kontrowersyjny projekt został przyjęty przez niemiecki rząd. Nic dziwnego, że zarówno Niemcy, jak i cała Europa zareagowały na to wściekłością i niedowierzaniem. Gazociąg Północny nie tylko zniweczył szanse Europy na wspólną politykę energetyczną i wielostronne negocjacje z Rosją. Próba czerpania przez Schrödera osobistych korzyści z posunięć politycznych została również odebrana jako tchórzliwe i korupcyjne nadużycie urzędu.

Teraz widzimy, że Gazprom znowu próbuje składać propozycje korupcyjne – tym razem byłemu włoskiemu premierowi Romano Prodiemu. Ma to być wyraz wdzięczności Rosji za sfinalizowanie sprawy Gazociągu Południowego, które doprowadziło do znacznego osłabienia środkowoazjatyckich alternatyw konkurencyjnych dla kontrolowanego przez Rosję gazociągu. Kwestia Gazociągu Południowego mocno poróżniła członków UE. Prodi - z pewnym zakłopotaniem - jak na razie odrzucił tę ofertę. Jednak stało się – relacje energetyczne już nigdy nie będą takie same. Rosja wodzi UE za nos, grając komedię poważnej polityki, gdy w rzeczywistości zmienia Włochy w Absurdystan. Sytuacja staje się naprawdę groteskowa kiedy przywódcy w swoich prywatnych rozgrywkach już nawet nie próbują zasłaniać się interesem ogółu.

Propozycję złożył byłemu premierowi Włoch dyrektor generalny Gazpromu, Aleksiej Miller, podczas lunchu w Rzymie, na który wybrał się w towarzystwie Prodiego i prezesa Eni Paolo Scaroniego. Oferta objęcia przez Prodiego kierownictwa projektem Gazociągu Południowego pochodziła od samego Putina. Projekt wart 10 miliardów euro to wspólne przedsięwzięcie Eni i Gazpromu. Gazociąg, który przetnie dno Morza Czarnego, ma zaspokoić zapotrzebowanie rynków południowo-wschodniej Europy na gaz ziemny. To polityczny majstersztyk, który zahamuje alternatywne projekty z rejonu Morza Czarnego.

Ta informacja może być dla niektórych zaskakująca (myślę, że gdybym wcześniej śmiał coś takiego przewidywać, na pewno zostałbym zasypany mailami krytykującymi mój cynizm) - ale na pewno nie była ona zaskakująca dla Scaroniego. Scaroni powiedział Reutersowi, że jego zdaniem Prodi świetnie sprawdziłby się jako prezes Gazociągu Południowego:
Zwykle nie komentujemy medialnych doniesień, ale sądzę, że to byłby doskonały wybór. Postawienie człowieka, który przewodził Unii Europejskiej na czele projektu zabezpieczającego europejskie dostawy energii to naprawdę wspaniały pomysł.

Ciężko jeszcze powiedzieć czy ta propozycja to tylko kolejny przypadek „przedwczesnej kontraktualizacji” Gazpromu - na razie pozostają nam jedynie domysły. Gazociąg Południowy jako taki mógłby okazać się blefem, biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie kraje z basenu Morza Czarnego mają prawo veta. Financial Times cytuje bliskiego współpracownika Prodiego, który twierdzi, że odpowiedź byłego premiera dla Gazpromu nie jest ostateczna. Jakkolwiek chciałby on uniknąć potępienia, które spadło na Schrödera po tym, jak były kanclerz sprzedał się Gazpromowi, to Prodi może jeszcze zastanowić się nad tą jakże hojną ofertą.

Niejednokrotnie już pisałem o ogromnej roli, jaką odgrywają Włochy w rosyjskiej strategii energetycznej. Podkreślałem też fakt, że Eni oraz Enel, przy wsparciu ze strony administracji Prodiego, stały się pierwszymi zagranicznymi spółkami, które nabyły na aukcjach skradzione dobra Jukosu (co prawda dla zachowania pozorów BP wzięło w jednej z nich udział, ale nic nie kupiło). Jeżeli te aukcje były działaniem legalnym i zgodnym z zasadami rynku, jak twierdzą ich organizatorzy, a nie korupcyjną rozgrywką i oszustwem Kremla, to czemu Scaroni i Prodi oraz najwięksi (i jedyni dający Gazpromowi bezpośredni dostęp do odbiorców) klienci Gazpromu w Europie: Eni, Enel nie mieliby otwarcie zastanawiać się nad związkiem między posiadaniem aktywów Jukosu, czołową pozycją w głównym kremlowskim przedsięwzięciu gazociągowym, a lukratywną propozycją ciepłej posadki dla Prodiego? Nigdy jednak nie otrzymamy zadowalających odpowiedzi na te pytania, a tego rodzaju doniesienia będą tylko pogłębiać nasze podejrzenia.

Autor bloga i pisarz Steve LeVine określił strategię Eni w postępowaniu z agresywnymi, skorumpowanymi i nacjonalistycznymi rządami krajów-producentów paliw jako sypianie z wrogiem. Uważam, że można o to samo oskarżać Prodiego, który zapomina o problemach etycznych czy o głębokim konflikcie interesów, jaki powoduje propozycja związana z Gazociągiem Południowym. Jeśli chodzi o Moskwę, to dała ona jasny sygnał innym światowym przywódcom: Jeżeli wejdziecie do naszej gry, poprzecie nasze interesy i przymkniecie oko na sprawę Jukosu i Chodorkowskiego, prawa człowieka i demokrację, my odpłacimy wam z nawiązką.

Przegląd energetyczny

| No Comments | No TrackBacks

Azerbejdżan zablokował rosyjski transport części do budowy irańskiego reaktora jądrowego. Tymczasem prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad odwiedzi w tym tygodniu Indie i Pakistan, aby przedyskutować plan budowy irańskiego gazociągu. Dyrektor generalny Gazpromu Aleksiej Miller rozważał zaproponowanie ustępującemu w maju premierowi Włoch Romano Prodiemu stanowiska przewodniczącego rady nadzorczej konsorcjum Gazociągu Południowego. Z kolei dziennik The Times rozprawia się z mitem o wyczerpywaniu się światowych zasobów ropy. Rządy Rosji i Japonii będą współdziałać przy wydobyciu ropy na wschodniej Syberii. Natomiast rosyjski przedsiębiorca i jeden z najbogatszych ludzi na świecie, Oleg Deripaska, chce współpracować z dostarczającą surowce mineralne szwajcarską spółką Glencore International, aby pokierować Russneftem, do zakupu którego Deripaska się przymierza. Deripaska ma również wspomóc rosyjskie przedsiębiorstwo państwowe Uraniom Holding w trzykrotnym zwiększeniu wydobycia: do 2030 roku 25 % energii elektrycznej w Rosji ma pochodzić z energii atomowej. Uraniom Holding, przy pomocy Deripaski, Kanady i Japonii, zamierza wydać na zwiększenie wydajności 8,6 miliarda dolarów.

Biurokratura Putina

| No Comments | 1 TrackBack

paluch.jpgDzisiejszy artykuł Freda Hiatta w dziale „Opinie” Washington Post pt. „Car i gimnastyczka” naświetla niszczycielski wpływ utajonego rosyjskiego autorytaryzmu na młode demokracje krajów postsowieckich. Mówi także o postawie Zachodu, który nie chcąc drażnić Kremla udaje, że problem nie istnieje:


Ciężko nie zgodzić się ze stwierdzeniem francuskiego uczonego Pierre’a Hassnera o tym, że Putin zaprowadził w Rosji ostry autorytaryzm, który ma pewne cechy faszyzmu. Warto jednak przypomnieć sobie, jak spokojnie i metodycznie Putin dążył do dyktatury. Ostatnie wydarzenia wskazują na to, że graniczące z Rosją kraje postsowieckie mają poważne podstawy, żeby obawiać się o odzyskaną po rozpadzie ZSRR niepodległość.


Kiedy Putin osiem lat temu doszedł do władzy nie zapowiadał przecież, że zamierza stworzyć autokrację kontrolującą wszystkie kanały telewizyjne; autokrację, w której to on będzie odgórnie decydował o wynikach wyborów. Państwo, w którym wszyscy główni przedsiębiorcy i zarządcy prowincji będą tańczyć, jak on im zagra, a wałęsające się bandy nacjonalistycznych wyrostków będą zastraszać, poniżać i bić każdego, kto spróbuje im się sprzeciwić.


Putin nie zapowiadał, że do końca drugiej kadencji uda mu się stworzyć substytut dawnej Partii Komunistycznej – Jedną Rosję – i że łaskawie zgodzi się objąć przewodnictwo partii, nie racząc jednak do niej wstąpić (były rosyjski urzędnik, Alfred Koch, powiedział mi, że jedyna historyczna analogia, jaka mu się tu nasuwa, to porównanie ze związkiem Żydów z Bogiem podczas wygnania: Bóg wyprowadził ich z Egiptu i dał im Prawo, ale Prawo nie obowiązywało Boga ).


Putin może tego wszystkiego nie przewidział, ale systematycznie do tego doprowadził. Praktycznie przez całą drogę Putina do dyktatury ani administracja Busha, ani zachodnie rządy nie chciały przyznać przed opinią publiczną, że zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje - lub też nie chciały przyjąć tego do wiadomości. Ironią losu wydaje się teraz porównywanie przez Zachód sytuacji w Rosji XXI wieku z sytuacją w Rosji stalinowskiej – tak, jakby pozytywne różnice miały być teraz pocieszające. Choć negatywne tendencje zaczęły być zbyt oczywiste, aby można je było lekceważyć, Zachód – a szczególnie zachodni Europejczycy – nadal obawiali się urazić rosyjskiego niedźwiedzia.

(...) Jak powiedział mi podczas swojej ostatniej wizyty w Waszyngtonie prezydent Estonii Toomas Ilves To oczywiste, że dla Rosji zagrożenie stanowi każdy kraj postkomunistyczny, który opowiada się za demokracją, praworządnością i prawami człowieka.

Po wydaniu przez Putina dekretu o oficjalnym nawiązaniu stosunków z rządami separatystycznych regionów Gruzji – Abhazji i Osetii Południowej trudno wyobrazić sobie większą prowokację, niż powiedzieć [gruzińskiemu rządowi]: Nie macie władzy nad własnymi ludźmi - stwierdził Ilves.

Zdobywanie Arktyki

| No Comments | No TrackBacks

arktyka%202.jpgPublikowaliśmy już na tym blogu tłumaczenia tekstów z www.rbcdaily.ru, internetowej wersji rosyjskiej gazety „RBK daily”, wydawanej we współpracy z niemieckim Handelsblatt. Artykuły z portalu wydają się nam interesujące, bo od dawna nie jest to już „codzienny przegląd wiadomości gospodarczych”, jak czytamy w reklamach. Od pewnego czasu dziennik zmienił się w tubę Kremla, publikującą szowinistyczne teksty propagandowe o uznaniu niepodległości spornych regionów Gruzji i Mołdawii, potrzebie utrzymania władzy Władimira Putina, czyhających ze wszystkich stron zachodnich szpiegach itp. Oto ostatnia perełka, w której dziennikarze gazety tłumaczą, że Rosja powinna użyć wojska, by zająć Arktykę i dowodzą, że ONZ lalka sterowana przez Amerykę (ta ostatnia uwaga to z pewnością nowość dla administracji Busha). Zauważcie, że w tytule czytamy o tym, jak Arktykę zajmie Putin, a nie Rosja, choć tekst mówi o wydarzeniach, które mogą mieć miejsce najwcześniej w roku 2009, kiedy obecny prezydent (przynajmniej teoretycznie) nie będzie już rządził krajem.

Oto tekst, który nas zainteresował:

Putin zajmie Arktykę. Nikt nie powstrzyma Rosji

Terytorium Australii zwiększyło się w zeszłym tygodniu o 2,5 mln kilometrów kwadratowych – tak zdecydowała komisja ONZ do spraw granic. Rząd kraju zyskuje w ten sposób kontrolę nad podmorskimi polami roponośnymi na przyznanych terenach. Ta decyzja dowodzi, że Rosja ma wszelkie prawa do zajęcia Arktyki.

W Australii postanowienie komisji ONZ uznano za dawno wyczekiwane zwycięstwo. Canberra od dawna zgłaszała na forum międzynarodowym roszczenia do półki kontynentalnej. Teraz urzędnicy nie kryją satysfakcji. Minister zasobów naturalnych Martin Ferguson ogłosił już, że nowe terytoria to „kopalnia złota, dzięki której Australia i zależne od jej dostaw kraje azjatyckie uzyskają stabilność energetyczną” [tłumaczenie z tekstu rosyjskiego, który nie do końca pokrywa się z faktyczną wypowiedzią Fergusona]. Nie martwi go najwyraźniej fakt, że brak dokładnych danych o złożach na wspomnianych terenach. Poza tym Australia nie uzyskuje pełnej kontroli nad obszarem(żegluga i biologiczne zasoby wód będą nadal regulowane przez prawo międzynarodowe).

Przypomnijmy, że Rosja znajduje się dziś w podobnej sytuacji – prowadzone są prace zmierzające do aneksji części Arktyki. Półka kontynentalna o której mowa należy do Rosji, ale fakt ten nie został jeszcze uznany przez społeczność międzynarodową. Przedstawiciele władz w Moskwie twierdzą, że kwestia włączenia do Rosji Grzbietu Łomonosowa może zostać przedstawiona na forum ONZ już w 2009. Jednak eksperci twierdzą, że walka o podmorskie tereny, które kryją przypuszczalnie duże złoża ropy i gazu, nie będzie dla Rosji prosta. „Wniosek prawie na pewno zostanie odrzucony ze względów proceduralnych. Rosja musi więc przygotować go jak najdokładniej tak, by był zgodny ze wszystkimi normami” uważa szef planowania strategicznego organizacji zajmującej się współpracą przygraniczną Aleksander Sobjanin.

Jego zdaniem kluczową rolę w kwestii włączenia części Arktyki odegra Oslo. Jeśli Moskwie uda się przekonać Norwegów do poparcia inicjatywy, szanse na pozytywne rozpatrzenie wniosku gwałtownie wzrosną. „Jednak Rosja nie może odstąpić od planów przyłączenia Grzbietu Łomonosowa nawet w wypadku negatywnej odpowiedzi społeczności międzynarodowej. Trzeba będzie próbować dalej” dodaje rozmówca RBK daily. Zdaniem Sobjanina wniosek do instytucji międzynarodowych należy kompletnie zignorować i wrócić do modelu z czasów ZSRR, kiedy problemy tego rodzaju rozwiązywano w ramach „klubu arktycznego”, w skład którego oprócz Rosji wchodzą USA, Kanada, Norwegia i Dania.

Taki obrót wydarzeń wydaje się jednak mało prawdopodobny – ostatnio Moskwa bardzo poważnie traktuje swoje zobowiązania wobec społeczności międzynarodowej. Trudno się spodziewać pozytywnej odpowiedzi ze strony ONZ, które dowiodło, że jest tylko narzędziem w rękach amerykańskich polityków. Mimo zaistniałego precedensu wrogowie Rosji zrobią wszystko, by uniemożliwić jej uprawomocnienie władzy nad terenami Arktyki. W takiej sytuacji Moskwa będzie miała prawo bronić swoich interesów wszystkimi dostępnymi środkami – także militarnymi.

Gazeta dla bogaczy

| No Comments | No TrackBacks

znak%20dolara.jpgZaledwie kilka dni po tym, jak rosyjskie władze wezwały do zaostrzenia prawa prasowego, tak by pozwalało zamykać gazety za publikowanie oszczerstw, miliarder Michaił Prochorow ogłosił plany wypuszczenia na rynek Snob Magazine – ekskluzywnego miesięcznika, na łamach którego nowobogaccy będą mogli chwalić się przed kolegami najnowszymi błyskotkami. Wygląda to jak okrutny żart. Coś mi mówi, że ten nowy rodzaj dziennikarstwa nie będzie miał wiele wspólnego z ideą Josepha Pulitzera, który twierdził, że gazety powinny „pomagać nękanym i nękać potężnych”. A może Prokchorow próbuje po prostu odwrócić uwagę od sprzedaży swoich udziałów w Norilsk Nikel gigantowi rosyjskiego rynku metali Olegowi Deripasce.

Z drugiej strony prezydent elekt dowodził niedawno, że Rosja jest dziś tak bogata, iż każda ilość gotówki jest na wyciągnięcie ręki. Jane Armstrong dzieli się ciekawymi spostrzeżeniami o niewątpliwym zamiłowaniu Rosjan do ostentacji:

„Bogacze w Rosji różnią się od zamożnych ludzi z innych części świata” mówi Jane Armstrong, korespondent The Globe and Mail w Moskwie. „Eksponują swój majątek na najdziwniejsze sposoby, bo bardzo długo im tego zabraniano”. Rosyjska elita rozbija się drogimi samochodami z przyciemnianymi szybami, by zwrócić na siebie jak największą uwagę. Ochroniarzy zatrudniają nawet ludzie, którym ochrona w ogóle nie jest potrzebna – chcą w ten sposób podkreślić swój status. Nowobogaccy chadzają też do najdroższych restauracji, „nawet jeśli podają tam najohydniejsze jedzenie”.

„Lekką ręką przepuszczą w knajpie trzy tysiące dolarów, żeby udowodnić, jak wielki odnieśli sukces” dodaje dziennikarka. „Robią z entuzjazmem rzeczy, które uznalibyśmy za szczyt bezguścia”.

Pomysł magazynu Snob dla rosyjskich bogaczy wydaje się więc bardzo trafiony. „Każdy nowy trend w rodzaju gazety Snob ma szansę stać się popularny. Oni się na to rzucą” mówi Armstrong.

Czy Rosja jest normalna?

| No Comments | No TrackBacks

korupcja.jpgNie, według tego co pisze Anders Aslund. Korupcja stała się w tym kraju takim problemem, że niezadowolenie społeczeństwa powinno już sięgać punktu krytycznego.

W ciągu ostatnich ośmiu lat o tym, co dzieje się w Rosji decydowały trzy główne czynniki. Po pierwsze, narodowy produkt brutto rósł o 27 procent rocznie w stosunku do dolara. Po drugie, kraj od względnej demokracji przeszedł do systemu rządów autorytarnych. Po trzecie, według badań Banku Światowego, Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju oraz Transparency International, poziom korupcji w Rosji nie zmniejszył się - podczas gdy we wszystkich innych krajach znacznie spadł.

W związku z tym śmiało można powiedzieć , że sytuacja w Rosji osiągnęła już granice absurdu. (...)

Nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak dysfunkcyjne i słabe staje się państwo o takim poziomie korupcji jak Rosja. Korupcja stanowi realne zagrożenie dla poziomu edukacji, funkcjonowania służby zdrowia i stabilności całego kraju. Niezdolność państwa do rozbudowy infrastruktury na dużą skalę dobrze odzwierciedla ten problem. Rosja rozpaczliwie potrzebuje wysoko wykwalifikowanych pracowników, których brakuje, gdyż korupcja przeżarła także system edukacji. Rząd nie podjął jednak żadnych kroków, aby z tym walczyć.

gaz.jpgNadeszły ciężkie czasy dla energetyki, i to nie tylko ze względu na gwałtownie rosnące ceny ropy i stale zwiększające się wydatki na benzynę. Minęło już prawie półtora roku od kiedy zaczęliśmy pisać o próbach stworzenia przez Rosję kartelu eksporterów gazu ziemnego. Wszystko zaczęło się od publikacji Financial Times na temat tajnej notatki dotyczącej „spisku gazowego”, która krążyła wśród NATOwskich ekonomistów.

Analitycy początkowo byli do całej sprawy nastawieni sceptycznie. Biorąc pod uwagę kwestię rynków regionalnych, manipulowanie cenami gazu ziemnego na rynku transakcji natychmiastowych za pomocą kwot produkcyjnych nie jest tak łatwe jak w przypadku ropy. Inni eksperci, tacy jak jeden z naszych autorów Derek Brower, uważają kartel gazowy za groźny blef, który ma posłużyć Rosjanom do wymuszania ustępstw na innych polach. Zarówno Gazprom jak i Putin niebezpiecznie oscylowali między zaprzeczaniem istnieniu planów stworzenia kartelu a niejasnymi obietnicami – w zależności od tego, czy akurat rozmawiali z ajatollahami czy z komisarzem UE ds. konkurencji. Zawsze twierdziłem, że kartel nie polega na kontrolowaniu cen, a na zarzynaniu rynków i niszczeniu konkurencji…

Niezależnie od tego, czyje poglądy podzielasz, sprawa kartelu gazowego znów trafia na pierwsze strony gazet po symbolicznej wizycie Putina w Libii i ogłoszeniu przez Kommiersant, że Rosjanie chcą zgłosić poprawki do projekt statutu gazowego OPEC –u podczas najbliższego forum w Teheranie.

Włochy i Algieria to kraje, które w zeszłym roku pomogły Rosji zastawić pułapkę na Unię Europejską czy też przynajmniej przyczyniły się do zbudowania rosyjskiej dominacji rynkowej. Powiedziałem wówczas wywiadzie dla włoskiej prasy, że podpisane przez Gazprom i Algierię porozumienie (które następnie porzucono nie próbując nawet zrealizować jego założeń) w znacznym stopniu przyczyniło się do zawarcia przez włoski koncern energetyczny Eni największej w skali europejskiej umowy na dostawy gazu oraz umożliwiło tez Eni udział w aukcji zagrabionego majątku Jukosu. Dzięki temu Kreml zdołał zachować pozory praworządności podczas procesu uwłaszczeniowego. Eni stał się w zasadzie pierwszą ofiarą nowego kartelu gazowego dowodzonego przez Rosję. Umożliwił Gazpromowi bezpośrednią sprzedaż energii włoskim konsumentom oraz wymianę głównych aktywów w Libii, która gra dziś rolę straszaka, jaką w latach 2006-2007 pełniła Algieria.

Jesteśmy obecnie świadkami usilnych zabiegów dyplomatycznych Kremla w Libii, równie gorączkowych jak te, które obserwowaliśmy wszędzie indziej, od Wenezueli i Boliwii po Nigerię. Pierwszym posunięciem Kremla było umocnienie przewagi Gazpromu nad konkurencją poprzez umorzenie drobnych 4,5 miliardów dolarów libijskiego zadłużenia w zamian za nowe kontrakty dla rosyjskich przedsiębiorstw państwowych. Ku dalszej radości generała Kadafiego Prezydent Putin rozpoczął też rozmowy o przyszłych umowach na sprzedaż broni (jak w przydatku Algierii) i pogłębieniu stosunków handlowych. Tym samym prezydent Rosji skłonił zreformowanego pariasa do podziękowania „wielkiemu gościowi” za wizytę i wygłoszenia frazesów wyrażających radość z odzyskania przez Rosję pozycji światowego mocarstwa i międzynarodowej przeciwwagi dla USA.

putin%20kadafiAriel Cohen z Heritage Foundation przeprowadził błyskotliwą analizę działań Kremla, który za pomocą kontraktów na broń i umarzania długów zawiera lukratywne umowy na handel energią w Afryce Północnej i na Środkowym Wschodzie.

Kilka dni później, kiedy Putin składał wizytę swojemu staremu znajomemu Silvio Berlusconiemu, pojawił się przeciek o tym, że Gazprom zamierza posłużyć się umową w sprawie wymiany aktywów z Eni w celu zyskania kontroli nad kilkoma libijskimi przedsiębiorstwami produkcji gazu ziemnego. Wywołało to falę gwałtownego niezadowolenia w Brukseli. Aleksander Miedwiediew z Gazpromu powiedział Corriere della Sera, że rosyjska firma dopracowuje z Eni szczegóły umowy na wspólną budowę przedsiębiorstwa produkcji gazu na terenie Włoch. Dałoby to Moskwie jeszcze większą kontrolę nad kolejnym alternatywnym dostawcą energii w Unii Europejskiej: „Zakupiliśmy część udziałów niemieckiego BASF-u i obecnie pracujemy nad umową z Eni. (…) Gazprom chce stać się jeszcze bardziej zróżnicowaną grupą, zarówno w kwestii produkcji, jak i w sensie geograficznego zakresu swoich działań.”

Według niektórych źródeł pośpiech, z jakim Gazprom rozchwytuje północno-afrykańskie aktywa podyktowany jest raczej finansową koniecznością (spowodowaną poważnym niedoinwestowaniem nowych terenów w Rosji) niż częścią planu przejęcia monopolu na rynku. Natomiast inne źródła podają, że tak długo, jak ceny utrzymają się na takim poziomie, Rosjanie nie będą zmotywowani do poczynienia koniecznych inwestycji: niższa stopa produkcji będzie rekompensowana wyższymi cenami. Jak powiedział Reutersowi Dieter Helm z Oxfordu „Dla Europy ta sprawa jest śmiertelnie poważna. (…) Ukazuje nam konieczność rozwiązania problemu naszej polityki energetycznej. (…) Dopóki ceny będą wzrastać, oni na tym nie stracą.”

Generalnie rzecz biorąc zgadzam się z ostatnim artykułem w Financial Times, który stwierdza, że demonizowanie Rosji ze względu na działania Gazpromu w Afryce Północnej nie ma sensu. Najlepszym rozwiązaniem dla Europy jest jak najszybsze zainwestowanie w rosyjską produkcję gazu, w infrastrukturę oraz w szybką liberalizację. W ten sposób Unia będzie mogła czerpać z jednego wspólnego źródła energii i zapomnieć o umowach bilateralnych zawieranych przez Niemcy, Francję i Włochy. Podjęcie takich właśnie kroków zalecamy w tekście "Recepta dla Europy".

Kraje importujące energię nie powinny jednak siedzieć z założonymi rękami gdy trwają prace nad projektem kartelu gazowego. Muszą zrozumieć, że gazowy OPEC nie będzie działał na takich samych zasadach jak kartel ropny i że należy zwrócić tu baczną uwagę na kwestie konkurencji i transparencji. Powinniśmy zacząć zastanawiać się nad tym czemu Kremlowi tak bardzo zależy na zawarciu bliskich stosunków z alternatywnymi dostawcami gazu do Europy. Dlaczego Kreml sięga aż do umarzania długów i zawierania kontraktów na handel bronią aby przelicytować międzynarodowe spółki gazowe? Musimy być świadomi możliwości politycznego nacisku jaką daje Kremlowi posiadanie takich aktywów przez Gazprom i zastanowić się nad tym dlaczego i w jaki sposób Rosja mogłaby go użyć. Zachód musi w końcu użyć wszystkich środków aby sprowadzić Rosję na drogę praworządności i wypracować z nią zrównoważony układ energetyczny taki jak Energy Charter Treaty aby umożliwić ustanowienie prawnego bufora pomiędzy zasobami energii a zachciankami ich zarządców. Ostatecznie, zabezpieczenia jakie zapewnia ECT będą korzystne zarówno dla producentów, jak i dla dostawców.

Blogger Tim Newman w nowym wyczerpującym poście pisze o oszałamiających danych dotyczących często dyskutowanych przez urzędników inwestycji, których potrzebuje rosyjski sektor energetyczny, by zwiększyć wydobycie w podmorskich polach roponośnych.

Czy Rosjanie wzięli pod uwagę wszystkie czynniki przedstawiając dane o inwestycjach? Czy rzeczywiście są przekonani, że są w stanie łatwo sami poradzić sobie z problemami, z którymi Shell bezskutecznie walczy od ostatnich 4 lat? W końcu to oni jako pierwsi wysłali człowieka w kosmos. Na te pytania nie potrafi dziś odpowiedzieć nikt, a już na pewno nie ja. Spójrzcie jednak na dane o wartych miliardy dolarów inwestycjach, którymi jesteśmy zasypywani w ostatnich latach. W tym czasie sektor nie zanotował jednak żadnego znaczącego postępu. Powiedziałbym nawet, że jeśli chodzi o perspektywy inwestycyjne Moskwa zrobiła nawet w tym czasie kilka kroków do tyłu. Czy ktoś może dziś uczciwie powiedzieć, że klimat dla wielkich inwestycji jest w Rosji lepszy w roku 2008 niż w 2005?

Na pierwszej stronie wtorkowe Washington Post w ostrych słowach komentuje sprawę zestrzelenia przez Rosjan zdalnie sterowanego gruzińskiego samolotu. Uznanie Kosowa, budowa tarczy antyrakietowej oraz dyskusja o przyjęciu Gruzji i Ukrainy do Planu Działań Na Rzecz Członkostwa podczas szczytu NATO w Bukareszcie było testem intencji rosyjskich. Tym razem Moskwa postanowiła sprawdzić siłę NATO. Słusznie założyła, że Zachód nie pali się wcale do obrony suwerenności dawnych sowieckich republik jeśli koszty, które ma w związku z tym ponieść będą zbyt wysokie.

szczyt%20nato.jpg

Prezydent Rosji Władimir Putin zgodnie z przewidywaniami prezydenta Gruzji odebrał to ambiwalentne zachowanie NATO jako wyraz słabości. Jego reakcją była eskalacja kampanii przeciwko suwerenności Gruzji. Moskwa chce ponownie włączyć ten kraj do strefy swoich wpływów.

Putin najwyraźniej zakłada, że rzekomi zachodni sojusznicy Gruzji nie podejmą żadnych konkretnych działań w jej obronie i wycofają się z planów włączenia jej do NATO.
Jak na razie Putin ma rację. Administracja Busha, UE i NATO ograniczyły się jedynie do wydania oświadczeń, w których wyraziły zaniepokojenie zeszłotygodniowym dekretem Putina i poprosiły prezydenta, aby się z niego wycofał.

Przedwczoraj zażądały od rosyjskiego rządu wyjaśnień w sprawie zestrzelenia bezzałogowego samolotu. Moskwa początkowo oświadczyła, że nie ponosi odpowiedzialności za ten incydent. Ciężko jej było już jednak zaprzeczyć nagraniom całego zajścia, które Gruzini umieścili w Internecie. Zabiegi dyplomatyczne nie wpłyną jednak na zmianę zachowania Rosji.
Odpowiednią reakcją ze strony NATO byłoby opracowanie planu działania na rzecz integracji Gruzji i Ukrainy. Sprawa ma być ponownie rozpatrzona na spotkaniu sojuszników, które odbędzie się w grudniu. Administracja Busha powinna nalegać wówczas na podjęcie decyzji o rozpoczęciu procedury przyjęcia obydwu krajów do NATO.

Powinna również opracować nowy międzynarodowy plan działania, który pozwoliłby rozwiązać konflikt między Gruzją a jej separatystycznymi prowincjami. Nie wolno pozwolić, aby Rosja miała wpływ na wynik tych sporów.

Jeżeli NATO zrezygnuje z kwestionowania działań Putina, pozwoli na wyznaczenie nowego podziału w Europie, w wyniku którego Gruzja i Ukraina zostaną po drugiej stronie barykady.

Nobel dla Putina

| No Comments | 1 TrackBack

Wczoraj ogłoszono, że prezydent Władimir Putin, w uznaniu zasług dla Rosji, został laureatem nagrody Nobla. Komitet nagrody uzasadnił swój wybór tym, że Putin „ukrócił rozboje i morderstwa”, które szerzyły się podczas „chaosu i bezprawia” z czasów administracji Jelcyna.

Spokojnie – chodzi o rosyjską podróbkę nagrody Nobla.

Dużo bardziej przerażający jest niezaspokojony apetyt Putina na wyrazy uwielbienia własnej osoby, które w ostatnich latach przekroczył wszelkie oczekiwania. Ale ego prezydenta najwyraźniej nie zna granic. W 2007 magazyn Time nadał mu kontrowersyjny tytuł Człowieka Roku. Na rynku dostępne są koktajle sygnowane jego imieniem oraz gadżety dla fanów prezydenta. Świat podziwia zdjęcia, na których Putin pręży nagi tors, a brukowce rozpisują się o jego życiu prywatnym równie chętnie jak o życiu gwiazd Hollywood.

To jednak nie wystarczy – czemu by nie przyznać ustępującemu prezydentowi nagrody Nobla? Powodzenie masowo powstających wyrazów uwielbienia dla Putina nie wróży zbyt dobrze niezależności nowego prezydenta.


demokracja%20ropa.jpg

„Wzajemność” to trochę mocno obciążone słowo w kontekście debaty nad energetyką. Chodzi jednak o równe, porównywalne i uczciwe zasady dostępu do rynków energii między dwoma partnerami: czyli jeżeli Gazprom może kupować aktywa sprzedaży i dystrybucji energii na terenie Unii Europejskiej, to europejskie przedsiębiorstwa również powinny mieć możliwość nabycia udziałów w zakładach produkcji paliw na terenie Rosji.

Jednak, zdaniem Katinki Barysch z Centrum Reformy Europejskiej, sytuacja jest o wiele bardziej złożona. Jak zaznacza w swoich analizach Barysch „Problem polega na tym, że Europejczycy rozumieją przez „wzajemność” coś innego, niż Rosjanie. Unia Europejska chce wspólnie opracowanych podstaw prawnych, które ułatwiłyby inwestycje obydwu stronom. Kreml chce natomiast wymiany aktywów. Europa pragnie otwartości, Rosja – kontroli. Jak na razie, „wzajemność” działa na korzyść Rosji.”

Mimo wszystko reprezentanci Komisji Europejskiej obstają przy tzw. „klauzuli Gazpromu”.
Podczas konferencji prasowej zorganizowanej w tym tygodniu przez EurActiv, eurodeputowana Marie-Christine Jalabert powiedziała dziennikarzom „Mamy jeden cel – powstrzymać przedsiębiorstwa spoza Unii Europejskiej przed wypuszczaniem udziałów na rynek. (…) Jeśli jakaś firma chce kupić na giełdzie udziały operatora systemu przekazu informacji, musi dowieść nadzorowi, że jej rząd w ten sam sposób odpowiada na życzenia naszych krajów. (…) Wiele krajów członkowskich jest nadal temu przeciwnych; pozycja wewnątrz Rady jest niejasna. Niemcy i Austria są nastawione nieprzychylnie. Tak więc kwestia ta pozostaje do przedyskutowania w Radzie.”

Artykuł zaznacza, że austriaccy członkowie parlamentu europejskiego z grupy EPL – ED (Europejska Partia Ludowa - Europejscy Demokraci) wciąż wolą bilateralne układy z Rosją w sprawie energii i sprzeciwiają się specjalnej klauzuli dotyczącej wzajemności.

Tak długo, jak większość w Parlamencie Europejskim będzie zajmować takie stanowisko, zgoda w kwestii wspólnej polityki energetycznej i równorzędnych układów z Rosją pozostanie w sferze marzeń.

merkel%20miedwiediew.jpgNie powinniśmy przeceniać ani też brać zbyt serio częstego odwoływania się niemieckich oficjeli do rosyjskiego interesu narodowego– komentuje dr Andreas Umland w ciekawym artykule o wzrastającej wrogości Ukrainy wobec Niemiec. Sławetny „szczególny” związek Niemiec i Rosji rozpadł się już dawno temu i w rzeczywistości Niemcy odgrywają jedynie rolę „dobrego policjanta” w kontaktach między Zachodem i Rosją. Umland sugeruje też, że Ukraińcy są poważnie niedoinformowani nie tylko w kwestii konieczności przystąpienia ich kraju do NATO, ale nawet co do charakteru tej organizacji. To NATO będzie musiało przezwyciężyć ten problem – choć, o czym Umland już nie wspomina, samo nie jest już pewne, jaką pełni dziś funkcję… Jednak na Ukrainie doskonale działa medialny spisek wspieranych przez Berlin apologetów Kremla. Dolewają oni tylko oliwy do ognia:

W tej szczególnej kwestii Niemcy, a konkretnie wpływowy hamburski magazyn Der Spiegel, prowadzą dosyć podejrzaną grę: Der Spiegel użycza swojego imienia oraz reputacji jednemu z głównych moskiewskich dziennikarskich przedsięwzięć na Ukrainie - cieszącemu się złą sławą tygodnikowi Der Spiegel - Profil.

Ten wysokonakładowy kolorowy magazyn wydawany jest przez Michaiła Leontiewa - znanego rosyjskiego antyzachodniego propagandzistę. Był on dawniej na Ukrainie „persona non grata”. Wraz z Aleksandrem Duginem założył neofaszystowski ruch „Eurazja” . (patrz: mój niemiecki list otwarty do Der Spiegel)

Pamiętając ambiwalentne reakcje Ukraińców na transmisje dość „dyskusyjnych” reportaży telewizyjnych z Kijowa tworzonych przez „dziennikarzy” z Telewizji Rosyjskiej można by powiedzieć, że Der Speigel – Profil swoim prymitywnym antyukrainizmem wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego i wspiera siły pro- NATOwskie.

(Proszę zwrócić uwagę na zawarte w numerze 10. sformułowania o „niezwykle silnej tradycji zdrady” w ukraińskiej polityce czy też na określanie Winniczenki i Hruszewskiego mianem
"politycznych karłów” itp.)

Der Spiegel najwyraźniej to popiera. Wygląda na to, że niemieccy dziennikarze wybrali sobie dość specyficzny sposób działania na rzecz ocieplenia stosunków między Ukrainą a Zachodem…

suchumi.jpg“Aneksja” to pojęcie, które nie pojawia się w debacie rosyjskiej zbyt często. Wypłynęło ono jednak w zeszłym tygodniu po tym, jak Moskwa zdecydowała się nawiązać oficjalne stosunki z rządami separatystycznych republik Abchazji i Południowej Osetii. Rosjanie grozili, że to zrobią, jeśli Zachód zdecyduje się uznać niepodległość Kosowa (co stało się miesiąc temu). Były premier Estonii Mart Laar komentował całą sprawę w weekendowym wydaniu Finanacial Times. Oto fragment jego tekstu:

Rosyjskie „przedstawicielstwa” nie będą miały statusu konsulatów, ale czynności konsularne będą wykonywały biura w sąsiadujących regionach Rosji. „Przedstawicielstwo” to eufemizm obliczony na uspokojenie krajów Zachodu, które boją się, że Moskwa chce uznać niepodległość Abchazji i Osetii Południowej w odwecie za sprawę Kosowa. Jednak podstępna sztuczka z „przedstawicielstwami” może się okazać jednym z kluczowych kroków Kremla w stronę aneksji obu regionów Gruzji.

Rządowe instrukcje pozwalają rosyjskim ministerstwom i władzom lokalnym na otwarcie „przedstawicielstw” w Suchumi i Cchinwali – stolicach Abchazji i Osetii Południowej. W rzeczywistości to podstęp, który ma doprowadzić do stworzenia na tych terenach apartu władzy właściwego dla autonomicznych republik Federacji Rosyjskiej. Wkrótce Rosja będzie mogła uznawać akty prawne, firmy i dokumenty Abchazji i Osetii Południowej, tak jak dziś dzieje się to z decyzjami rządów wielu autonomicznych republik. W ten sposób sporne tereny staną się częścią przestrzeni prawnej Federacji Rosyjskiej.

Tymczasem Zachód pozostaje głuchy na zaproponowaną przez Michaiła Saakaszwiliego 28 marca autonomię dla Abchazji w ramach Gruzji. Bez odpowiedzi pozostała też oferta nowego formatu negocjacji Gruzji z Południową Osetią. Ten autyzm zachodnich polityków wydaje się skrajnie nieodpowiedzialny. Zachód musi się obudzić i zjednoczyć, nie po to by poprzeć Gruzję czy powstrzymać Rosję, ale by bronić swoich ideałów. Politycy z Brukseli i Waszyngtonu muszą przekazać Miediwediewowi jasny sygnał, że jeśli pragnie on polepszenia stosunków z Zachodem, musi odrzucić instrukcje Putina i rozpocząć negocjacje z Gruzją.

„Wiara, że można zapewnić sobie bezpieczeństwo rzucając mały kraj na pożarcie wilkom to tragiczne złudzenie” mówił Winston Churchill przed konferencją w Monachium. Siedemdziesiąt lat później powinniśmy dobrze rozumieć tę lekcję.

gie%C5%82da.jpgPamiętacie jeszcze te ekscytujące czasy rosyjskich ofert publicznych, kiedy firmy takie jak Rosnieft, Sbierbank i wiele innych zajmowały czołowe miejsca wśród nowych spółek notowanych na London Stock Exchange (LSE)? Niestety w następstwie ogólnoświatowego kryzysu kredytowego ostatnie kilka kwartałów nie sprzyjało rozwojowi, a plany wprowadzenia na rynek kolejnych wielkich ofert publicznych z Rosji zostały odłożone i czekają na lepsze czasy (dobrym przykładem tej strategii wydaje się Rusal). Choć rosyjskie banki i instytucje finansowe, które wypuściły akcje państwowych firm pod koniec zeszłego roku, nie uzyskały najlepszych wyników. Jednak rosyjskie oferty publiczne mają wkrótce szansę znów nabrać tempa wraz ze zbliżającymi się projektami wprowadzenia na rynek Globaltrans, operatora rosyjskich kolei towarowych, który ma zarobić na LSE ponad 500 milionów dolarów. Na giełdę ma też wejść sieć supermarketów Magnit, która chce zyskać około 480 milionów dolarów.

Wall Street Journal twierdzi, że daty wybrane na obie te olbrzymie prywatyzacje dowodzą, iż rosyjscy biznesmeni przyzwyczajają się powoli do nowej, powyborczej rzeczywistości i przestają się bać, że interesy polityczne uniemożliwią im zdobycie potrzebnych funduszy. Czy powoli wracamy do normy?

Fragment tekstu z WSJ:

Według wydanego w tym miesiącu raportu badawczej Rosję firmy PBN tegoroczne perspektywy rosyjskich ofert publicznych rysują się dobrze, ale nie mają szans osiągnąć wyników z zeszłego roku, kiedy na sprzedaży akcji swoich firm zarobiła 29,4 miliarda dolarów, czyli więcej niż jakikolwiek inny kraj europejski.

“Na całym świecie obserwujemy spadek aktywności w dziedzinie ofert publicznych w związku z kryzysem kredytowym i niekorzystnymi przepływami kapitału na rynku” – komentuje Peter Necarsulmer, szef PBN. „Przedstawiciele rosyjskich spółek bali się, że marcowe wybory prezydenckie przysłonią rynek w pierwszym kwartale tego roku”. Teraz, gdy sukcesję mamy już za sobą, atmosfera dla ofert publicznych znów robi się dobra. (…) spodziewamy się, że dzięki tej przerwie wzrośnie zainteresowanie sprzedażą pakietów strategicznych i fuzjami, które są dla firm alternatywną drogą rozwoju.”

kudrin.jpgRosyjski Minister Finansów Aleksiej Kudrin to ciekawa postać. Przejmując zwierzchnictwo nad ogromnym rosyjskim Funduszem Stabilizacyjnym trafił w sam środek walk klanów. Jest szczerym do bólu technokratą, który nie raz odważył się publicznie sprzeciwić Władimirowi Putinowi. Jego słowa spełniają też oczekiwania zachodniej finansjery.

Jakimś cudem wyszedł cało z polowania na czarownice urządzonego przez siłowików, co nie udało się jego zastępcy Siergiejowi Storczakowi. Podzielił Fundusz Stabilizacyjny, tworząc osobny Fundusz Majątkowy o wartości „skromnych” 32 miliardów dolarów. Umożliwił w ten sposób części swoich oponentów spekulację za pomocą państwowych zasobów zagranicznymi papierami wartościowymi oraz strategicznymi aktywami.

We wczorajszej rozmowie z Financial Times Aleksiej Kudrin po raz kolejny skrytykował politykę gospodarczą Putina polegającą na zamrażaniu cen żywności. Dziennik opisuje walkę Kudrina z tymi siłami wewnątrz rosyjskiego rządu, które dążą do obniżenia wydatków państwowych mimo zasobności państwowej kasy – narodowe bogactwo stale wzrasta dzięki wysokim cenom ropy i gazu. „Rosyjska gospodarka wyłoniła się z centralnie sterowanej gospodarki komunistycznej, więc wiele osób nie rozumie podstawowych mechanizmów gospodarki wolnorynkowej. Uważają, że państwowe pieniądze rozwiążą każdy problem” – mówi Kudrin.

Jak wpływowa musi być osoba, która tak często może sobie pozwalać na publiczne krytykowanie Putina?

Tekst za Financial Times:

Aleksiej Kudrin – gwarant dyscypliny fiskalnej.

Neil Buckley

Obdarzony łagodnym głosem Aleksiej Kudrin jest wielkim wygranym w bezwzględnym świecie rosyjskiej polityki. Jest jednym z najdłużej urzędujących ministrów finansów na świecie – sprawuje tę funkcję od 2000 roku. Zeszłej jesieni został również wicepremierem.

Jednak kariera Kudrina nie przebiegała bezproblemowo. W Moskwie krąży plotka o tym, że kremlowscy konserwatyści już od września 2007 próbowali pozbyć się prominentnego liberała z Ministerstwa Finansów. Choć udało mu się uniknąć zarzutów o defraudację, które doprowadziły do zatrzymania jego zastępcy Siergieja Storczaka, mówi się, że to aresztowanie było swego rodzaju zemstą na Kudrinie. Co prawda występował on w obronie Storczaka, jednak stara się całej sprawy nie komentować.

Wygląda na to, że po wyborze względnie liberalnego Dmitrija Miedwiediewa na prezydenta i objęciu przez zaprzyjaźnionego z Kudrinem Putina funkcji premiera, minister finansów nie musi się obawiać o swoją pozycję. Cieszy to inwestorów, którzy mimo pewnych obsunięć w 2007 nadal uważają Kudrina za gwaranta rosyjskiej dyscypliny fiskalnej ostatnich lat. W gorączce przedwyborczej nawet Kudrin nie był w stanie powstrzymać napędzającego inflację 40- procentowego wzrostu wydatków. Próba ich obcięcia sprawiła, że - jak żartuje Kudrin - stał się najbardziej nielubianą osobą w kraju.

Przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi Kudrin wywołał polityczną burzę. Otwarcie skrytykował godzące w wolność rynku posunięcia rządu próbującego powstrzymać gwałtowny wzrost cen żywności poprzez zamrażanie cen podstawowych produktów spożywczych.

„To wymuszony krok, reakcja na szok po tym, jak ceny niektórych produktów wzrosły nawet o 40 procent. Oczywiście był to jednoznacznie negatywny sygnał dla rynku.” - stwierdził Kudrin. „Jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że bez podjęcia tego kroku sytuacja mogłaby być jeszcze gorsza.”

Kudrin twierdzi, że nad inflacją można zapanować poprzez wprowadzenie nowych zasad budżetowych, sztywnej polityki monetarnej oraz ceł na eksport niektórych brakujących produktów żywnościowych. Przyznaje, że w tym roku będzie to raczej trudno wykonalne ze względu na globalny kryzys finansowy i potrzebę utrzymania płynności finansowej. „Te dwa zadania wzajemnie się wykluczają, więc miejmy nadzieję, że nie będzie potrzeby przeprowadzania ich na wielką skalę.” – mówi Kudrin.

Zdaniem Kudrina kryzys kredytowy stanowi poważny test dla Rosji, który wyraźnie pokazuje jej brak finansowej dojrzałości. Jednak w jego opinii kraj jest w stanie zmierzyć się z tym kryzysem – w ostatnich latach produkt narodowy brutto wrócił do poziomu z roku 1990.

Kudrin znajduje się w kłopotliwej sytuacji – stoi na straży zasobów pochodzących z podatku od ropy i oleju napędowego zamkniętych w Funduszu Stabilizacyjnym. W tym roku zostały one podzielone między konserwatywnie lokowany Fundusz Rezerwowy w wysokości 125 miliardów dolarów a nastawiony na wzrost Fundusz Majątku Narodowego o wartości 32 miliardów dolarów. Banki liczą, że środki z Funduszu Narodowego pomogą im przetrwać kryzys finansowy. Według Kudrina, oligarchowie lobują za tym, gdyż chcą użyć państwowych pieniędzy do rozbudowania swoich imperiów finansowych, szczególnie poprzez nabywanie udziałów w zagranicznych przedsiębiorstwach.

Kudrin nie wyklucza, że Rosja - na wzór takich państw jak Chiny - mogłaby wykorzystać Fundusz Narodowy do zakupu udziałów w zagranicznych spółkach. Dodaje jednak, że Ministerstwo Finansów opracowuje mechanizm ograniczający możliwą wysokość udziałów do 5 procent w jednej firmie.

Przyznaje, że obniżanie wydatków jest trudnym zadaniem w zalewie petrodolarów. Niełatwo przychodzi uświadamianie zwykłym obywatelom potrzeby rozwagi i ostrożności. „Rosyjska gospodarka wyłoniła się z centralnie sterowanej gospodarki komunistycznej, więc wiele osób nie rozumie podstawowych mechanizmów gospodarki wolnorynkowej. Uważają, że państwowe pieniądze rozwiążą każdy problem.”

Kudrin twierdzi, że dwuwładza Miedwiediewa z Putinem okaże się korzystna dla gospodarki rynkowej. „Główni politycy (…) - za wyjątkiem prezydenta Putina i prezydenta Miedwiediewa - słabo rozumieją działanie mechanizmów rynkowych.” – mówi Kudrin. „(Ale) powiedziałbym, że Putin zna się na makroekonomii lepiej niż którykolwiek minister. Jego wejście do rządu jest gwarancją dobrego ukierunkowania naszej gospodarki.”

saakaszwili%20szczyt%20bukareszt.jpgTak przynajmniej donosi Financial Times po tym, jak Moskwa ogłosiła, że zamiesza nawiązać „ściślejsze kontakty” z separatystycznymi regionami Abchazji i Osetii Południowej. O ile się nie mylę, byłaby to pierwsza formalna aneksja od kiedy w 1990 roku Saddam Husajn przyłączył Kuwejt do Iraku. Zapoczątkowane wówczas wydarzenia do dziś zaburzają równowagę międzynarodową.
Lada chwila powinniśmy się również spodziewać ciekawych komentarzy Moskwy w sprawie Kosowa…

Szef gruzińskiego MSZ, Dawid Bakradze, potępił ten krok, uznając go za naruszenie prawa międzynarodowego i „próbę zalegalizowania aneksji Abchazji”.

„Podejmiemy wszelkie kroki na drodze dyplomatycznej, prawnej i politycznej”, powiedział Bakradze dziennikarzowi Finanacial Times po spotkaniu gruzińskiej Rady Bezpieczeństwa. Dodał, że Gruzja będzie starać się o zwołanie w tej sprawie specjalnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Moskwa tymczasem utrzymuje, że było to z jej strony jedynie pokojowe posunięcie mające na celu umożliwienie ekonomicznego i społecznego rozwoju Kaukazu, ograniczanego przez istniejące dotąd restrykcje. Rosyjski MZS zaprzecza jakoby chciał „wkraczać na drogę konfrontacji z Gruzją”.

Dekret podpisany przez prezydenta Władimira Putina zleca rosyjskiemu rządowi współpracę w zakresie gospodarki, handlu i innych dziedzin z „faktycznymi władzami” Abchazji i Osetii Południowej. Uznaje również wydawane przez te władze dokumenty. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma zapewnić opiekę konsularną mieszkańcom obu regionów.

Chociaż stosunki na linii Moskwa-Tibilisi uległy ostatnio pewnej poprawie dzięki częściowemu zniesieniu przez Rosję blokady transportowej, takie posunięcie ze strony Moskwy może spowodować, że sprawy przybiorą niebezpieczny obrót.

Tendencje separatystyczne
w etnicznie zróżnicowanych regionach Abchazji i Osetii Południowej dały o sobie znać już na początku lat 90. Krwawe starcia separatystów z gruzińskimi siłami, w wyniku których tysiące ludzi musiało uciekać z kraju, kończyły się jedynie chwiejnymi zawieszeniami broni. Władze samozwańczych republik działają przy stałym wsparciu Rosji.

Prezydent Gruzji Michaił Saakaszwili podejmował nieudane próby reintegracji kraju od kiedy doszedł do władzy po tzw. Rewolucji Róż w 2003 roku.

Oskarża on Rosję o hamowanie procesu integracji i próby stopniowej aneksji obu regionów poprzez przyznawanie ich mieszkańcom rosyjskich obywatelstw.

berlusconi%20i%20putin.jpgGdy tylko najlepszy z unijnych przyjaciół Władimira Putina Gerhard Schroeder przestał pełnić stanowisko kanclerza, Kreml natychmiast zatrudnił go na wygodnym stanowisku szefa projektu Nord Stream. Podobne oferty otrzymał pewnie inny przyjaciel rosyjskiego prezydenta Silvio Berlusconi, kiedy w 2006 musiał opuścić fotel premiera Włoch. Jednak trzeci na liście najbogatszych Włochów czekał na swoją szansę, by ponownie objąć urząd.

Berlusconi, którego do zwycięstwa wyniosła tym razem fala śmieci (co należy zarówno dosłownie jak w przenośni), jasno pokazał, kogo uważa za swojego głównego sojusznika. Pierwszym zagranicznym przywódcą, z jakim spotka się nowy premier będzie właśnie Putin, którego Berlusconi zaprosił do swej wystawnej willi na Sardynii. Obaj politycy będą się pewnie bawić równie dobrze jak wtedy, gdy spotkali się z hollywoodzkim gwiazdorem Jean Claude Van Dammem na pokazach sztuk walki, gdzie ciągle podkreślali wzajemny podziw i wymieniali pewnie doświadczenia we wdrażaniu neopopulizmu.

To nie koniec podobieństw między tymi świetnymi kumplami. W zeszłym roku Max Delaney z Moscow Times napisał fascynujący artykuł, w którym porównał rosyjsko-włoskie stosunki handlowe do bohaterów kina akcji klasy B:

„Postaci grane przez Van Damme’a łączą w sobie cech Rosjan i Włochów” dowodził Vittorio Torrembini, wiceszef Gim Unimpresa, organizacji reprezentujących włoskich przedsiębiorców w Rosji.

Rosjanie i Włosi, podobnie jak bohaterowie filmów akcji „nie lubią surowych zasad. W Rosji, podobnie jak we Włoszech zawsze znajdzie się sposób, by niewygodne prawo obejść. (…) Mieszkam w Moskwie od prawie 18 lat i doszedłem do wniosku, że tamtejszy sposób życia jest uderzająco podobny do tego, jaki znam z Włoch.”

berlusconi%20putin%20van%20damme.jpg


Kwitnący handel Włoch z Rosją, który niepokoi UE zwłaszcza w kontekście bezpieczeństwa energetycznego wspólnoty, łączy się z podobieństwem sceny politycznej obu krajów. Styl kampanii wyborczej partii Berlusconiego Forza Italia uderzająco przypominał strategię Jednej Rosji. Oba stronnictwa sprzymierzyły się z ekstremistami, przeciwnikami imigrantów i ruchami społecznymi. Obie organizacje należy raczej uznać za bloki wsparcia przywódców, a nie normalnie funkcjonujące partie polityczne o dalekosiężnych horyzontach. Ani Forza Italia, ani Jedna Rosja przestaną najprawdopodobniej istnieć bez swych przywódców, osłabiając tym samym instytucjonalnie demokracje swoich krajów.

Berlusconi i Putin utrzymują podobny poziom kontroli nad mediami. Premier Włoch jest właścicielem jednej z największych w kraju grup medialnych, prezydent Rosji wykorzystuje mechanizmy państwowej własności, cenzury i inne środki ograniczania wolności słowa. Obaj politycy prowadzili też niebezpieczne gry prawem wyborczym, by zapewnić sobie utrzymanie wpływów i osłabić potencjalną konkurencję.

Jednak wymienione podobieństwa to nic nowego, a Rosja była zadowolona ze stosunków z potulnym do granic premierem Romano Prodim. Ludzie zainteresowani utrzymaniem dominacji Moskwy nad europejską energetyką cieszyli się też ze współpracy z szefem Eni Paolo Scaronim i Enel - Fulvio Contim. Obie firmy zmuszono do zakupu aktywów upadłego Jukosu podczas aukcji, które w wielu innych krajach uznano by prawdopodobnie za nielegalne.

Czy zatem powrót błazna Berlusconiego do władzy może jeszcze pogorszyć sytuację? No cóż, trzeba pamiętać, że agresywne zachowania Kremla zaczynały w końcu nadwyrężać opinię Rosji w Europie (spójrzcie na sprawę TNK-BP, medyczny szantaż Aleksaniana czy manewry Sieczina, które powoli pogrążały reputację Moskwy w tym samym czasie, gdy Dimitrij Miedwiediew próbował budować polityczny kapitał). Gdy Berlusconi wróci na europejskie salony, Frank-Walter Steinmeier zyska sojusznika, który pomoże mu sabotować próby reform Europejskiego trybunału Praw Człowieka proponowanych przez kanclerz Merkel. Pogłębią się też najprawdopodobniej podziały w sprawie bezpieczeństwa energetycznego wspólnoty.

Najgorsze jest jednak to, że Berlusconi pomoże zapewne wzmocnić na Kremlu frakcję siłowików, utrudniając tym samym przejęcie władzy liberalnym technokratom.

Przyszłość brazylijskiej energetyki rysuje się coraz bardziej różowo, zwłaszcza po ostatnim odkryciu państwowego giganta.

brazylia%20rpoa.jpg
Zdaniem Haroldo Limy
, szefa urzędu regulacyjnego Agência Nacional do Petróleo, na niedawne znalezisko Petrobras składa się 33 miliardy baryłek ekwiwalentu ropy. Jeśli te szacunki się potwierdzą, będzie to jedno z największych na świecie pól roponośnych i największe odkrycie od 30 lat, które całkowicie zmieni pozycję Brazylii jako eksportera ropy.

Jednak państwowa firma, operator basenu roponośnego Santos BM-S-9, która ma w przedsięwzięciu 45% udziałów nie potwierdza na razie oceny ANP zaznaczając, że potrzebuje „bardzie jednoznacznych” danych. Petrobras planuje dalsze odwierty i testy w rejonie Carioca przed ostatecznym określeniem wielkości odkrytych złóż.

ANP otrzymała pierwsze informacje o obecności węglowodorów w regionie już we wrześniu. W marcu Petrobras wykonał kolejne odwierty i choć nie dotarł jeszcze do głównych złóż, dotychczasowe wyniki są niezwykle optymistyczne. To doskonała wiadomość dla Petrobras i Brazylii, a także udziałowców firmy – brytyjskiego (30% udziałów) i hiszpańskiego Repsol YPF (25% udziałów), których akcje pójdą zapewne w górę.

Przyszłość brazylijskiego przemysłu naftowego zaczęła wyglądać obiecująco już w listopadzie, gdy Petrobras ogłosił znalezienie nowych terenów roponośnych „porównywalnych z największymi polami roponośnymi na świecie”. Według danych Petrobras złoża Tupi w rejonie bloku BM-S-11 basenu Santos zawierają 5-8 miliardów możliwej do wydobycia ropy. Oznacza to powiększenie zapasów ropy i gazu Brazylii o 14 miliardów baryłek ekwiwalentu ropy, co oznacza wzrost o ponad 50%. Oceny firmy sugerują, że nowe tereny mają potencjał dwukrotnie większy od największego obecnie brazylijskiego pola Roncador. Przedstawiciele Petrobras dodają, że Tupi to tylko „niewielka część” nowych horyzontów rynku, na które składają się też złoża Espírito Santo, Campos i Santos, gdzie w perspektywie planowane są dalsze badania pod pokładami skał i soli.

Te doniesienia zdają się wspierać komentarze Limy.Jeśli potwierdzą się szacunki, BM-S-9 zmniejszy znaczenie Tupi (nowe znalezisko może się okazać nawet pięć razy większe).

Dzięki znalezisku Brazylia ma szansę awansować na pozycję jednego z ważnych światowych eksporterów ropy. Obecnie kraj pozostaje mniej więcej samowystarczalny i planuje eksport wielkości 350 tysięcy baryłek dziennie netto do końca 2010 roku. Nawet jeśli w najbliższym czasie nie pojawią się kolejne znaleziska (co wydaje się raczej mało prawdopodobne), Tupi i Carioca zasadniczo zmienią te perspektywy. To zupełne odwrócenie sytuacji sprzed 5 lat, kiedy podejrzewano, że Brazylia nie jest atrakcyjnym terenem dalszych badań. Kiedy w 1997 do sektora wydobywczego dopuszczono prywatnych inwestorów, Brazylia znów stała się jednym z najgorętszych terenów poszukiwań. Pierwszą międzynarodową licencję wydano w 1999, jednak od tego czasu informacje o nowych odkryciach były dość rzadkie.

Dziś karta najwyraźniej się odwróciła, a przed ANP otwiera się perspektywa lukratywnych kontraktów i umów licencyjnych. Właścicielami Tupi są Petrobras (65% udziałów), BG (25%) i portugalski Petrogal (10%).

nato%20rosja.jpg

W dzisiejszym wydaniu Financial Times komentator gazety Gideon Rachman opisuje swoją podróż do Gruzji i dodaje: “Chciałbym móc wierzyć, że sprzeciw wobec przyjęcia Gruzji do NATO wiąże się tylko z przestrzeganiem zasad. W rzeczywistości w konflikcie chodzi jednak o władzę”.

Tekst za FT:

Argumentów Rosji nie można łatwo zignorować. Czy to się Bushowi podoba czy nie, na świecie wciąż istnieją nieoficjalne strefy wpływów. Względy moralne wyraźnie przemawiają za uznaniem niepodległości Tajwanu. Mimo to Bush naciskał na Tajwan, by ten nie ogłaszał niepodległości wyłącznie z powodu nieprzejednanego stanowiska Chin w tej sprawie. Tajwan należy de facto do chińskiej strefy wpływów.

Przypadek Gruzji i Ukrainy jest znacznie bardziej skomplikowany niż Litwy, Łotwy i Estonii. Na Ukrainie leżą korzenie rosyjskiej kultury. Sondaże przeprowadzane na Ukrainie wskazują, że ewentualne wejście kraju do NATO mocno dzieli społeczeństwo. W Gruzji opinie obywateli na temat Sojuszu są znacznie mniej zróżnicowane. Tibilisi pozostaje jednak zaangażowane w spory terytorialne z Rosją, a położenie geograficzne państwa czyni je znacznie trudniejszym do obrony od Krajów Bałtyckich. Zgodnie z artykułem 5 Traktatu Waszyngtońskiego wszyscy członkowie Paktu byliby jednak zobowiązani bronić Gruzji w wypadku hipotetycznego ataku ze strony Rosji.

Rosja jest dziś znacznie potężniejsza i bardziej agresywna niż kilka lat temu, kiedy NATO przyjmowało Kraje Bałtyckie. Trzeba też przyznać, że roszczenia Rosjan nie są zupełnie bezzasadne. Byłem w Gruzji na konferencji organizowanej przez Brookings Institution. Jeden z jej amerykańskich uczestników zauważył, że “gdyby Moskwa zawierała sojusze militarne z Meksykiem czy Kanadą, pewnie też mielibyśmy poważne zastrzeżenia”.

Oficjalnie Stany Zjednoczone pozostają znacznie mniej wyrozumiałe. Administracja Busha dowodzi, że NATO to sojusz obronny, a zatem obawy Kremla nieracjonalne i anarchiczne. Jak to ujął Bush podczas niedawnego spotkania z Władimirem Putinem „Zimna wojna już się skończyła”.

Te zapewnienia nie uspokoiły jednak Rosjan. W czasie mojego ostatniego pobytu w Moskwie miałem okazję rozmawiać z liberalnym politykiem Grigorijem Jawlińskim, który tłumaczył, że interwencja NATO w Kosowie znacznie utrudniła rosyjskim liberałom popieranie Zachodu. Jawliński przyznaje, że Sojusz wkroczył do Kosowa w obronie praw człowieka. Ale rosyjscy obywatele, że łamania praw człowieka dopuszczali się też ich żołnierze w Czeczenii. Jeśli NATO mogło zbombardować Belgrad w obronie praw człowieka, jakie są gwarancje, że nie postąpi tak samo z Moskwą?

Zdaniem Jawlińskiego Rosjanie doszli do wniosku, że obie sytuacje różniło wyłącznie to, że Rosja jest znacznie silniejsza i zbyt niebezpieczna, odważyć się ją atakować. Jedyną odpowiedzią na ekspansję NATO musi więc być rosnąca agresja.

Chciałbym móc wierzyć, że sprzeciw wobec przyjęcia Gruzji do NATO wiąże się tylko z przestrzeganiem zasad. W rzeczywistości w konflikcie chodzi jednak o władzę.

Przyjmując dwa wymienione kraje Sojusz podejmie świadome ryzyko. Być może nie będzie ono wielkie, ale warto się nad nim poważnie zastanowić przed podjęciem decyzji.

czubajs.jpgQuo vadis Anatoliju Czubajsie? Z przerażeniem i fascynacją obserwuję polityczną karierę tego polityka, któremu w cudowny sposób udało się przetrwać dramatyczne zwroty akcji i wstrząsy rosyjskiej sceny politycznej.

Choć pochodzi z Białorusi, a pierwsze kroki w polityce stawiał jako doradca gospodarczy w administracji mera Petersburga Anatolia Sobczaka razem z Władimirem Putinem i Dimitrijem Miedwiediewem, był też krótko liderem liberalnej partii Borysa Niemcowa Sojusz Sił Prawicy. Czubajs ma niezwykłą zdolność wychodzenia cało z potyczek z przeciwnikami najwyższego kalibru, od Borisa Bieriezowskiego, przez Gienadija Zjuganowa, po samego Władimira Putina (to on domagał się od prezydenta informacji o losie Michaiła Chodorkowskiego podczas telewizyjnego programu na żywo wkrótce po zatrzymaniu biznesmena).

Jeśli jednak Czubajs chce pozostać na pozycji „niezatapialnego” rosyjskiej polityki, ma przed sobą bardzo trudne zadanie – jego nowy wróg to Igor Sieczin, szef Rosnieftu, przywódca kremlowskiej frakcji siłowików, jedna z najcięższych chorób, jakie toczą kraj i… zabójczo niebezpieczny przeciwnik. Czy Anatolij wykorzystał już swoje dziewięć żyć?

Najnowszym dowodem wojny toczącej się między Czubajsem a Sieczinem są podejmowane przez Rosnieft próby powstrzymania oczekiwanej od dawna prywatyzacji rosyjskiej elektryki, którą nadzoruje szef państwowego monopolisty na rynku elektryczności RAO JES – nie kto inny jak sam Czubajs. Jak donosi Moscow Times były szef prezydenckiej administracji w ostatnich dniach ostro zaatakował Rosnieft, oskarżając firmę o „praktyki antypaństwowe” i sabotowanie reform rynku elektryczności kraju. Polityk odniósł się w ten sposób do pozwu, jaki firma Sieczina złożyła w proteście przeciw reorganizacji produkującej prąd firmy TGK-11.

Projekt, który monitoruje RAO JES, w niczym nie przypomina inicjatyw z lat 90. Jego twórcy chcą zyskać 33 miliardy dolarów dzięki zaangażowaniu prywatnych operatorów i inwestorów w sprzedaż „światła i ciepła w jednym z najzimniejszych i najciemniejszych krajów świata”. Sam Czubajs twierdzi, że nie może się już doczekać „emerytury” (w co raczej ciężko nam uwierzyć), na którą przejdzie gdy RAO JES przestanie istnieć 1 lipca bieżącego roku.

Jednak związana z Rosnieftem firma Nieft-Aktiv, która występowała w imieniu państwa w kontrowersyjnych aukcjach majątku Jukosu, żywo zwalcza plany prywatyzacji i złożyła już sześć różnych pozwów, które mają te plany pokrzyżować. „Rosnieft działa wbrew woli rządu” mówi Czubajs. „Jeśli firma będzie podtrzymywać swoje stanowisko, modernizacja stacji TGK-11 może być poważnie zagrożona, bo nie uda nam się na czas uzyskać potrzebnych do budowy pieniędzy ze sprzedaży majątku. (…) Żądania finansowe Rosnieftu są śmieszne z punktu widzenia sum, o jakich mowa (…) i dotyczą zaledwie jednego procenta programu inwestycyjnego TGK-11”.

Czubajs musi widzieć ironię całej sytuacji. Seczin wykorzystuje bezkarnie (spójrzcie tylko na to co dzieje się z TNK-BP) potęgę tego samego stanowiska, na którym kiedyś zbudował swoją pozycję Czubajs. Po doświadczeniach w pracy nad prywatyzacją z kredytami na akcje i nagłej decyzji o zamianie jej na prawdziwe aukcje w ’97 (co zaowocowało jego konfliktem z Bieriezowskim), polityk dobrze zna państwowych biurokratów i ich przekonanie o tym, że wszystko powinno należeć właśnie do nich.

Czubajs nie pierwszy raz mierzy się z przedstawicielami siłowików. W styczniu razem z atakowanym Ministrem Finansów Aleksiejem Kudrinem ostrzegł bojowe frakcje na Kremlu (czyli Sieczina), że ich twarda polityka zagraniczna i machanie szabelką na arenie międzynarodowej fatalnie wpływa na klimat inwestycji w Rosji. Według Financial Timesa Czubajs mówił o stratach, jakie powodują niepotrzebne konfrontacje: „Powinniśmy zadać sobie proste pytanie – ile kosztuje Rosję nasza polityka zagraniczna? Moglibyśmy pozwolić sobie na płacenie wysokiej ceny przy dobrej koniunkturze na światowych rynkach, ale czy stać nas robienie tego w obecnej sytuacji?”

W komentarzu do tych odważnych uwag FT napisał, że „wydają się one obrazować podziały wewnątrz rządu, które narastają wraz z walką różnych frakcji o pozycję w obliczu marcowych wyborów prezydenckich”.

W mocno naciąganej analizie z maja 2007 Stratfor dowodził, że Czubajs był na pewnym etapie przeciwny umacnianiu pozycji Gazpromu i rozszerzaniu władzy firmy nad sektorem energetycznym. Znaczniej mniej miał go martwić wzrost potęgi Rosnieftu. Autorzy artykułu nie wzięli jednak pod uwagę głębokiej osobistej niechęci Seczina do Czubajsa, która miała wkrótce doprowadzić do starcia obu polityków. Stratford zapomniał o tym, że żoną Czubajsa jest siostra Władysława Surkowa, a kolejne posunięcia zbliżają go coraz bardziej do obozu Miedwiediewa/Surkowa/Gazpromu, który próbuje usunąć z Kremla frakcję siłowików.

Surkowa łączy z Miediwediewem znacznie więcej niż miłość do rock-n-rolla. Surkow to centralna postać administracji nowego prezydenta. Nie dajcie się zwieść plotkom o ich konflikcie wokół suwerennej demokracji.

Choć taki rozwój wydarzeń przeczy wieloletnim spekulacjom o zasadniczych różnicach poglądów między Czubajsem a Surkowem (za czym argumentował Robert Sidelsky), wydaje mi się wysoce prawdopodobne, że ta para politycznych kameleonów przygotowuje się właśnie do kolejnej zmiany barw. Kilka dni temu Miedwiediew wygrał kolejną sądową potyczkę, obierając urzędom podatkowym prawo do nacjonalizacji dóbr. Podatki były dotąd jednym z ulubionych narzędzi używanych przez siłowików do wielkich kradzieży. Retoryka potępienia prawnego nihilizmu stosowana przez Miedwiediewa uderzająco przypomina argumenty Czubajsa za prywatyzacją RAO JES.

Sieczin używa wszelkich dostępnych środków, by jeszcze przed przejęciem władzy przez nowego prezydenta jak najbardziej osłabić jego pozycję. Przykładem takich działań było otwarcie puszki Pandory w sprawie TNK-BP, na co Miedwiediew zareagował wprowadzeniem do Rosnieftu własnego człowieka. Sam Miediwediew przyznał, że Sieczin grozi stabilności jego prezydentury, i że walki wewnętrzne na Kremlu błędu trwały także po przejęciu przez niego władzy w maju. „Oczywiście tego typu obawy istniały od dawna i raczej nie znikną w najbliższym czasie. To, czy sprawdzi się nowy układ władzy okaże się dopiero po dłuższym czasie. Z pewnością znajdą się ludzie, którzy spróbują sprawdzić jego wytrzymałość. Nie mam wątpliwości, że niektórzy spróbują wykorzystać nową sytuację do własnych celów i spróbują znaleźć w niej braki.”

Trudno zgadnąć w czyjej drużynie gra dziś Czubajs, ale obserwując jak udaje mu się utrzymać Rosnieft i Sieczina w ryzach, można śmiało stwierdzić, że wciąż ma potężnych przyjaciół. Ciekawe, czy zobaczymy w jego wykonaniu kolejny polityczny cud.

W najbliższą środę 16 kwietnia w National Constitution Center w Filadelfii odbędzie się debata między walczącymi o nominację prezydencką z ramienia Demokratów Barackiem Obamą i Hillary Clinton, którą poprowadzą Charles Gibson i George Stephanopoulos z telewizji ABC.


Czasu będzie mało, tematów do dyskusji mnóstwo, a pytań o pytań o politykę zagraniczną zaledwie garstka.

Nie ulega wątpliwości, że trzeba poruszyć tak palące kwestie jak wojna w Iraku, zagrożenie ze strony Iranu, destabilizacja w Afganistanie, czy problem chińskich represji wobec Tybetu. Ograniczenie się jednak wyłącznie do tych punktów byłoby jednak poważnym błędem. Nie możemy pozwolić sobie na to, by także następny prezydent Stanów Zjednoczonych nie był gotowy zmierzyć się z ambicjami odradzającej się Rosji, wzmocnionej dzięki przejęciu przez państwo kontroli nad ropą i gazem, uzbrojonej w broń jądrową, zmierzająca w stronę autorytaryzmu i sabotującą cele amerykańskiej dyplomacji na całym świecie.

miedwiediew%20busz.jpg

Gibson i Stephanopoulos powinni poruszyć kwestię Rosji jeszcze z jednego powodu - istnieje poważna szansa, że mogliby usłyszeć od kandydatów coś nowego. Podczas wyjątkowo długiej kampanii wyborczej usłyszeliśmy już chyba wszystko, co kandydaci mają do powiedzenia na tematy takie jak Irak. Niewiele wiemy za to o ich strategii wobec Kremla, na który wkrótce wprowadzi się nowy prezydent - Dimitrij Miedwiediew.


Poza tym zarówno Hillary jak i Obama muszą być przygotowani do ewentualnego starcia z przedstawicielem Republikanów Johnem McCainem. Senator zmonopolizował jak dotąd kwestię Rosji - opublikował na jej temat kilka artykułów i publicznie zadeklarował sprzeciw wobec obecności Moskwy w grupie G8.


Demokraci mogliby zyskać sporo punktów wskazując słabości stanowiska McCaina w kwestii, ale na razie wygląda na to, że przedstawiciel Republikanów pobije ich na głowę, kiedy tylko temat wypłynie.

Dobrym punktem wyjścia dla Gibsona i Stephanopoulosa wydaje się jedna z zasadniczych różnic między Rosją a USA - fakt, że w Stanach dziennikarze i obywatele cieszą się wolnością słowa, mogą zadawać kandydatom pytania i sami decydować o tym, na kogo oddać głos. Rosjanie nie mieli podobnej szansy wybierając swojego prezydenta. Odmówiono im też prawa do oglądania przedwyborczych debat.

Wyborcy mają prawo wiedzieć, jak kandydaci zamierzają poprawić sytuację praw człowieka i więźniów politycznych w Rosji. Będę bardziej konkretny: Rada Stosunków Międzynarodowych i inne organizacje już jakiś czas temu uznały sprawę Jukosu za element politycznej strategii Kremla, który chciał opanować sektor energetyczny, by uczynić z niego potem narzędzie swojej polityki zagranicznej. Przy okazji zgnieciono też wolność społeczeństwa i opozycję, której przewodził Michaił Chodorkowski - obecnie najbardziej znany rosyjski więzień polityczny i mój klient.

Z czasem sytuacja tylko się pogorszyła. Nadużycia władz pozostają w coraz bardziej jaskrawej sprzeczności z ideą rządów prawa, prowadzą do dalszych nielegalnych konfiskat majątków, aresztowań działaczy społecznych, fałszowania śledztw i agresywnych ataków na wolność słowa. Uwagę całego świata zwróciło traktowanie zamkniętych w więzieniach byłych pracowników Jukosu - chorego Wasilija Aleksaniana, któremu odmówiono terapii, by wymusić na nim fałszywe zeznania czy Platona Liebiediewa, o którym wypowiedział Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu stwierdzając, że rosyjska prokuratura wielokrotnie złamała podczas procesu jego prawa. O procesie samego Chodorkowskiego szwajcarski Sąd Najwyższy orzekł, że cała jego sprawa była od początku do końca polityczna.


hila.jpgZ upływem czasu sytuacja drastycznie się pogorszyła. Państwowe nadużycia dalekie od reguł prawa przerodziły się w bezprawną konfiskatę majątków, fikcyjne przesłucha i areszty cywilnych działaczy i agresywne ograniczenie wolności wypowiedzi. Sposób działania względem więźniów Jukosu wzbudził uwagę międzynarodowej opinii publicznej, tak jak sytuacja chorego Wasilija Aleksaniana, byłego głównego doradcy Jukosu, któremu odmówiono opieki medycznej w rosyjskim areszcie, co było formą szantażu, mającą na celu zmuszenie go do złożenia zeznań przeciwko starym współpracownikom, czy Płaton Lebiediewa, w kwestii którego Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wydał wyrok, w którym stwierdza, że rosyjski rząd naruszył prawa człowieka w sprawie byłego menadżera Jukosu w pięciu punktach. Proces Chodorowskiego został uznany przez Szwajcarski Sąd Najwyższy za sprawę natury politycznej.

Na początku wielu ludzi łatwo uwierzyło w oskarżenia Kremla wobec Chodorkowskiego, który odniósł sukces w biznesie na fali transformacji Rosji po upadku ZSRR. Jednak z biegiem czasu, przyglądając się rosnącemu okrucieństwu kary, nie sposób było dalej zaprzeczać politycznym motywacjom procesu, który nigdy nie miał wiele wspólnego z prawem. Wraz z kolejnymi wyrokami niezależnych sądów, zaczęły się też pojawiać wypowiedzi znanych i poważanych ludzi kultury i polityki, jak kongresman Tom Lantos, francuski filozof Andre Glucksmann czy pisarz Mario Vargas Llosa , którzy bronili Chodorkowskiego i wzywali światowych przywódców do podjęcia działań w jego sprawie.


Oto o przykładowe pytania do kandydatów, jakie mogłyby paść we środę: Jeśli wygra Pan/Pani wybory, jakie działania zostaną podjęte w celu zwolnienia więźniów politycznych takich jak Michaił Chodorkowski? Co mogą zrobić Stany zjednoczone, by wymusić na Rosji przestrzeganie praw człowieka? Co zrobić, by zmiana przywódców w obu krajach przełożyła się na zacieśnienie stosunków i wzrost wzajemnego zaufania? Jakie warunki musi spełnić nowa administracja Kremla, by stać się strategicznym partnerem USA?


Te zagadanienia to dopiero wstęp do dyskusji o polityce wobec Rosji. Ale zarówno Barack Obama jak Hillary Clinton powinni się nad nimi poważnie zastanowić zanim obejmą wprowadzą się do Białego Domu.

Kaspijska szansa Europy

| No Comments | 2 TrackBacks

Wall Street Journal opublikował wczoraj interesujący artykuł o europejskich staraniach o bezpośrednie dostawy gazu z Turkmenistanu do krajów UE. Zdaniem autorów postawa prezydenta Gurbanguly Berdimuhammedowa po raz pierwszy od dawna daje powody do optymizmu i rozbudza nadzieje na to, że turkmeński gaz może docierać do Europy z pominięciem Rosji. Komentatorzy dziennika dowodzą, że jeśli Europa zdoła obudzić w sobie wolę polityczną niezbędną do wypracowania porozumienia z Turkmenistanem, "uda się ograniczyć niepodzielne panowanie Moskwy nad dostawami gazu i innych surowców energetycznych na Stary Kontynentu".


berdmuchammedow.jpg

Kaspijska szansa Europy

ALEXANDROS PETERSEN i MANJA VIDIC


Od ponad dziesięciu lat trwają w Europie dyskusje o budowie gazociągu, który dostarczałby gaz z rejonu Morza Kaspijskiego przez Azerbejdżan do UE. Jak dotąd europejski projekt wciąż pozostaje w sferze rozmów i negocjacji, podczas gdy Rosja i Chiny podpisują z Turkmenistanem konkretne umowy.


Na horyzoncie pojawiły się jednak znaki zmian. Od czasu objęcia urzędu prezydenta w 2006 Gurbanguly Berdimuhammedow wielokrotnie dał jasno do zrozumienia, że zależy mu na poprawie stosunków z Zachodem, a zwłaszcza z szukającą źródeł surowców Europą. W listopadzie przywódca odwiedził nawet Brukselę, co wydaje się krokiem wręcz rewolucyjnym wobec izolacji Turkmenistanu, jaką po upadku ZSRR utrzymywał totalitarny władca Saparmurat Nijazow.

"Wielka trójka" Unii - szef Komisji Europejskiej Javier Solana, komisarz ds. stosunków zewnętrznych Benita Ferrero-Waldner oraz minister spraw zagranicznych Słowenii (aktualnie przewodzącej UE) Dimitrij Rupela – składają jutro wizytę w Aszchabadzie. Jedną z podejmowanych przez polityków kwestii będzie z pewnością kaspijski korytarz energetyczny. Europa musi w końcu wykrzesać z siebie polityczną i finansową wolę niezbędną do tego, by złożyć Turkmenistanowi wystarczająco atrakcyjną ofertę.


To jedyny sposób, by ograniczyć niepodzielne panowanie Moskwy nad dostawami gazu i innych surowców energetycznych na Stary Kontynentu. W rejonie Morza Kaspijskiego znajdują się trzecie co do wielkości na świecie złoża surowców energetycznych. Ilość gazu znajdującego się pod pustynią Karakum w Turkmenistanie szacuje się na 2 - 20 bilionów metrów sześciennych. Aszchabad wynajął właśnie brytyjską firmę, która ma dokładnie przebadać złoża. Jednak jeszcze przed ogłoszeniem wyników badań Moskwa złożyła Turkmenistanowi lukratywną propozycję, która ma zapewnić, że gaz z tego kraju popłynie na północ zamiast na zachód. Ostatnio umowę z Turkmenistanem podpisali też Chińczycy, co stawia Brukselę w trudnej sytuacji i zmusza do podjęcia wysiłków, by dogonić sprawniejszych rywali.


Oczywiście między Turkmenistanem a granicami Unii Europejskiej leżą jeszcze inne państwa. Jednak chęć współpracy wyrażana przez prezydenta Berdymukhammedowa otwiera nowe perspektywy współpracy w regionie Morza Kaspijskiego. Ta uwaga odnosi się przede wszystkim do Azerbejdżanu. W przeszłości stosunki Aszchabadu z Baku były bardzo chłodne, głównie ze względu na spory o prawa do złóż z dna Morza Kaspijskiego. Jednak na początku marca obie stolice doszły wreszcie do porozumienia i odnowiły stosunki dyplomatyczne. Przy odrobinie woli politycznej ze strony obu stolic, podwodny gazociąg mógłby połączyć kraje przed końcem 2013. jeśli rura dosięgnie azerskiego brzegu, za pomocą istniejącej już infrastruktury i planowanych gazociągów, surowiec łatwo może popłynąć dalej, do Europy.


Inną rzadziej dyskutowaną możliwością byłoby połączenie krajów rurami biegnącymi wzdłuż brzegów Morza Kaspijskiego, które miałyby połączenie z nabrzeżem. Taki system byłby jednak znacznie mniej wydajny od prawdziwego gazociągu. Pozytywna strona takiego rozwiązania jest taka, że infrastruktura mogłaby powstać znacznie szybciej, zmuszając jednocześnie Aszchabad i Baku do współpracy już we wstępnej fazie projektu. Eksport gazu do Europy mógłby się więc rozpocząć jeszcze przed budową docelowego gazociągu kaspijskiego.


Kaspijski kierunek to klucz do dywersyfikacji dostaw gazu do UE. Pełna zależność obecnych dróg dostaw surowca od Kremla naraża ponad połowę członków Unii Europejskiej na dowolne zmiany cen cen, odcinanie dostaw i presję, jakich doświadczają dziś Białoruś, Gruzja, Ukraina czy jeden z członków wspólnoty - Litwa.


W zeszłym tygodniu na szczycie NATO w Bukareszcie cały świat mógł obserwować, jak energetyczne naciski Moskwy wpływają na politykę zachodnich członków Paktu. W obawie przed reakcją Moskwy Berlin publicznie sprzeciwił się włączeniu Ukrainy i Gruzji do Planu Działań na Rzecz Członkostwa (MAP), który stanowi pierwszy krok na drodze integracji z Sojuszem. Nieprzypadkowo rosyjski gigant naftowy Gazprom tak ciężko pracuje nad budową Gazociągu Północnego bezpośrednio łączącego Rosję i Niemcy z pominięciem krajów bałtyckich i Polski, których polityka zagraniczna nastawiona jest przede wszystkim na współpracę z Waszyngtonem.


Czasy taniego gazu z Azji Środkowej minęły już bezpowrotnie nawet dla Rosjan. Fakt ten powinien dodatkowo zmotywować Europę do szukania bezpośredniego dostępu do złóż z pominięciem rosyjskiego pośrednika. Miejmy nadzieję, że jutrzejsza wizyta przedstawicieli Unii w Turkmenistanie okaże się krokiem w tym kierunku. Nie ma już ani chwili do stracenia. Urzędnicy z Brukseli zaczynają już doceniać wagę kaspijskiego projektu. Teraz czas na polityczną inicjatywę ze strony europejskich stolic. By osiągnąć sukces Europa musi dążyć do dywersyfikacji dostaw przynajmniej równie mocno, jak Moskwa broni dziś swojego monopolu.

Aleksandros Petersen jest dyrektorem programowym Centrum Kaspijsko - Europejskiego w Brukseli. Manja Vidic jest dyrektorem programowym Instytutu Energetyki w Instytucie Badań Strategicznych w Lubljanie.

putin%20flaga.jpgEurActiv opublikowała wczoraj ciekawy wywiad z Fraserem Cameronem, dyrektorem EU-Russia Centre, który dowodzi, że “Rosja to mistrz taktyki dziel i rządź. (..) Unia Europejska musi być w relacjach z Rosją twarda i zrozumieć, że wypracowanie wspólnego stanowiska przyniesie w kontaktach z Kremlem znacznie lepsze efekty niż szukanie dwustronnych porozumień przez poszczególne kraje”.

Oto krótki fragment tekstu:

Wybory, które wygrał Dimitrij Miedwiediew trudno nazwać „prawdziwymi”. Przedstawiciele UE przyznali przynajmniej, że proces wyborczy w Rosji uniemożliwił rzeczywistą konkurencję kandydatów.

Słowo „wybory” nie oddaje właściwie istoty wydarzeń z 2 marca. Bardziej odpowiednim określeniem wydaje się nominacja. Gdy tylko Putin namaścił Miedwiediewa na swojego następcę, wynik dalszych procedur stał się oczywisty. Wygląda na to, że ta „sterowana demokracja” ma dziś w Rosji duże poparcie. Obywatele wiążą ją ze stabilizacją i wzrostem gospodarczym, które podobają im się znacznie bardziej niż chaos rządów Jelcyna z początku lat 90. Nie ma jednak wątpliwości, że rozwój gospodarki byłby też możliwy przy większej demokratyzacji.

Błąd Putina, za który jak sądzę historia osądzi go kiedyś bardzo surowo, polegał na tym, że miał wszelkie narzędzia, by kontynuować demokratyczne przemiany w Rosji. Sprzyjały mu wymarzone warunki ekonomiczne ze stale rosnącymi cenami ropy. Zamiast wykorzystać tę sytuację Putin nie tylko nie przeprowadził dalszych reform, ale wręcz odebrał obywatelom część swobód wypracowanych w latach 90. Właśnie dlatego sądzę, że jego prezydentury nie sposób ocenić pozytywnie.

Potyczki z Kremlem

| No Comments | No TrackBacks

Poniższy artykuł ukazał się w piątkowym wydaniu International Herald Tribune, tuż przed tym jak prezydenci Władimir Putin i George Bush nadskakiwali sobie podczas spotkania w Soczi. Autorka artykułu Oksana Czełyszewa jest dziennikarką, dyrektorką Fundacji Wspierania Tolerancji w Niżnym Nowogrodzie i rzeczniczką Towarzystwa Przyjaźni Rosyjsko-Czeczeńskiej.

bush%20putin.jpg
Oksana Czełyszewa

Prezydent George Bush przygotowuje się do niedzielnego spotkania w Soczi z prezydentem Władimirem Putinem i prezydentem elektem Dimitrijem Miedwiediewem. Mam nadzieję, że nie zapomni o tym, do czego zobowiązał się w swoim drugim przemówieniu inauguracyjnym w 2005. Obiecał wówczas, że Stany Zjednoczone nie będą ignorować prześladowań i nie przestaną wspierać tych, którzy występują w obronie wolności.

Tysiące Rosjan wypowiada głośno swoje zdanie, staje w obronie wolności i płaci za to wysoką cenę. Niektórzy z nas, jak. Anna Politowska zapłacili cenę najwyższą. Inni byli zastraszani i szkalowani w mediach, padli ofiarą przemocy fizycznej, fałszywych oskarżeń i ingerencji władz w codzienną pracę.

Mamy nadzieję, że Bush nie będzie usprawiedliwiał naszych prześladowców, działających w imieniu Putina.

Kiedyś wprowadzono w Rosji reformy, które miały dać władzę obywatelom i poprowadzić Rosję ku demokracji. Uwierzyło w to wielu ludzi w kraju i za granicą.


W jakiej żyjemy dziś rzeczywistości? Wolność słowa skurczyła się do rozmiarów ziarnka maku.Kreml pozwala na istnienie kilku opozycyjnych mediów, ale to tylko przykrywka dla systematycznego niszczenia niezależnego dziennikarstwa. Typowym elementem politycznego krajobrazu stali się więźniowie polityczni - Michaił Chodorkowski i inni byli pracownicy Jukosu, naukowcy oskarżeni o szpiegostwo, muzułmanie, których często oskarża się o popieranie ekstremizmu tylko dlatego, że praktykują swoją religię. Mieszkańcy rosyjskich miast, którzy odważyli się wyjść na ulice w nadziei, że ktoś usłyszy ich protest, są przez milicję pałowani i zatrzymywani. Stawia im się potem absurdalne zarzuty napaści na milicjantów. Innych opozycjonistów poddano przymusowemu leczeniu psychiatrycznemu.


Obie ostatnie kampanie wyborcze (przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi) okazały się jedną wielką kpiną. Głównym celem wyborów było utrwalenie autorytarnego reżimu, jaki zbudowano w Rosji.


C5F24C08-76AE-4A57-A88B-56FD265C52F3.jpg

Sytuacja w Niżnym Nowogrodzie, trzecim co do wielkości mieście Rosji, położonym około 500 kilometrów od Moskwy doskonale obrazuje prawdziwe oblicze Kremla. Zaczęło się od prześladowań małej grupy obrońców praw człowieka. Potem w 2007 zamknięto Towarzystwo Przyjaźni Rosyjsko-Czeczeńskiej. W marcu rozpędzono pokojowe demonstracje podczas Marszu Dysydentów. Władze wysłały 20.000 milicjantów przeciw dwóm tysiącom protestujących.

W sierpniu 2007 milicja zrobiła nalot biuro Fundacji Wspierania Tolerancji i lokalną redakcję Nowej Gaziety. Przy tej okazji skonfiskowano komputery pracowników. W październiku 2007, przerwano spotkanie pamięci Anny Politowskiej. Zatrzymano nawet zagranicznych gości, którzy przyjechali do miasta uczcić jej pamięć.

Represje trwają do dziś. 20 marca milicja przeszukała mieszkania 20 działaczy na terenie Niżnego Nowogrodu i biurze Fundacji Wspierania Tolerancji. Ponownie skonfiskowano sprzęt, w tym telefony komórkowe i odtwarzacze DVD. Władze oświadczyły, że przedmioty te służą do szerzenia ekstremizmu.


Tysiące poważnych przestępstw przeciw pokojowo nastawionym obywatelom pozostaje anonimowa i nie budzi zainteresowania.


Nasza wina polega na tym, że wybraliśmy prezydenta, który, używając słów ofiar tragedii w Biesłanie, rozwiązuje problemy przy pomocy czołgów, gazu i miotaczy ognia.

Nie jesteśmy jednak winni temu, że Putina bezkrytycznie popierają światowe elity polityczne. Mam nadzieję, ze Bush nie dołączy do tej grupy.


Kilka tygodni temu byłam w Pradze na spotkaniu z Waclawem Havlem i dysydentami z całego świata. Havel rozumie, ze obrońcy wolności w Rosji Putina walczą tak samo, jak dysydenci na Kubie, w Birmie, Iranie i Korei Północnej - krajach, które Bush otwarcie krytykuje za łamanie praw człowieka. Czy chociaż odrobinę pomoże nam podczas wizyty w Rosji?


Bronimy praw człowieka i polityki non-violence. Walczymy o wolność, ale doświadczamy z tego powodu prześladowań ze strony rządu. Rosyjskie władze są niestety zdecydowane uczynić z nas przykład, prawdopodobnie po to, by zastraszyć wszystkich, którzy podzielają nasze poglądy i sami chcieliby coś zrobić.


Wzywam Pana, panie prezydencie Bush, aby nie odwracał Pan oczu od rosyjskich obywateli w Groznym, Nasranie, Biesłanie, Wołgodońsku, Niżnym Nowogrodzie, Moskwie, Murmańsku i Petersburgu, którzy czują, że ich cierpienia i protesty są ignorowane. Proszę wstawić się za nami, kiedy stanie Pan twarzą w twarz z naszym prześladowcą.

kryszta%C5%82owa%20kula.jpgThe Foreign Policy Passport blog komentuje konferencję w Salzburgu, na której zastanawiano się, jaka będzie Rosja w roku 2020. Blake Hounshell pisze:

“Jeśli przyszłości cen ropy nie potrafią skutecznie przewidzieć nawet szefowie wielkich koncernów naftowych, jak w ogóle możliwy jest obrót surowcem na rynku transakcji terminowych? Teoretycznie ludzie trudniący się handlem ropą powinni najlepiej wiedzieć, jaką tendencję przyjmą jej ceny. W rzeczywistości prognozy dotyczące rynku ropy są zazwyczaj przeniesieniem aktualnych cen w przyszłość. Gdyby dziś ropa kosztowała 10 dolarów za baryłkę, gracze na rynku transakcji terminowych zakładaliby, że następnego dnia cena pozostanie taka sama. Z tego rozumowania wynika oczywisty wniosek – o przyszłości Rosji bardzo trudno powiedzieć cokolwiek przekonującego. W podobnym kłopocie jest też Dimitrij Miedwiediew, który w kształtowaniu rozwoju swego kraju będzie zależny od zysków z tego niepewnego rynku."

Dziwne, że blogger koncentruje swoje rozważania o przyszłości Rosji wyłącznie wokół cen ropy, pomijając inne istotne kwestie, takie jak rosnąca inflacja czy kryzys demograficzny.

Przedstawiamy tłumaczenie artykułu z Die Tageszeitung o najgorętszych wydarzeniach zeszłego tygodnia. Oryginalny tekst i więcej komentarzy niemieckiej prasy znajdzieciena moim niemieckim blogu.

Wróg poszukiwany

Klaus-Helge Donath

Rosja umiejętnie dzieli Europę na nową i starą, by powstrzymać natowskie aspiracje Gruzji i Ukrainy.

07g8.600.jpg


Urzędnicy NATO do dziś drżą na myśl o Monachium. Na Konferencji Bezpieczeństwa w tym mieście w 2007 roku prezydent Władimir Putin głośno zrugał zachodnich partnerów. Przywódca Kremla wyraził wówczas koncepcję od dawna stosowaną w rosyjskiej polityce zagranicznej - poszedł na kontrolowaną konfrontację z Zachodem. Szef Kremla określił, co wiele lat temu stało się priorytetem rosyjskiej polityki zagranicznej: kontrolowana konfrontacja z Zachodem. Tym razem kierownictwo NATO odmówiło tolerowania podobnych wybryków, a Kreml obiecał podobno dobre zachowanie.


Rzeczywiście w okresie poprzedzającym szczyt w Bukareszcie Moskwa przyjęła łagodniejszy ton. można było usłyszeć bardziej uprzejmy ton z Moskwy. Po ponad półtora rocznej przerwie przywrócono ruch lotniczy z Gruzją, jednym z krajów aspirujących do NATO. Gazprom i Kreml po cichu doszły do porozumienia z Ukrainą w sprawie cen gazu. Wreszcie odchodzący w maju z urzędu Putin zaprosił George'a Busha do Soczi, gdzie po szczycie obaj prezydenci mają ponoć podpisać porozumienie o nowych podstawach wspólnych stosunków.


Jednak interwencja Busha i wschodnich członków NATO na rzecz włączenia Ukrainy do planów akcesyjnych Sojuszu musi wywołać napięcie w stosunkach z Moskwą. Podczas rozmów z Wiktorem Juszczenką prezydent USA zadeklarował, że "zdecydowanie" wesprze natowskie aspiracje Kijowa.


Spuścizna, jaką Putin zostawia po sobie w polityce zagranicznej nie wygląda dobrze. Moskwa ma fatalne stosunki z 11 z 17 sąsiadów. Putin ma też jednak sojuszników: Francję i kanclerz Niemiec z jej Ministrem Spraw Zagranicznych, którzy skutecznie blokują włączenie Ukrainy i Gruzji do Planu Działań na Rzecz Członkostwa (MAP).

Moskwa uważa te byłe sowieckie republiki za część swojej strefy wpływów. Ukrainę uważają Rosjanie za kolebkę własnej państwowości, a chrześcijańska Gruzja przez 200 lat była dla nich gwarantem panowania nad Kaukazem. Uniezależnienie tych dwóch krajów oznacza definitywny koniec rosyjskiego imperium. Rewolucja Róż w Gruzji (2003) i Pomarańczowa Rewolucja na Ukrainie (2004) sprzeciwiły się sytuacji geopolitycznej i odrzuciły autorytarne rządy, których symbolem jest era Putina. Rozszerzenie NATO nie stanowi dla Rosji rzeczywistego zagrożenia militarnego. To raczej papierowy tygrys, którego Kreml wykorzystuje czasem w polityce wewnętrznej.

Nikt nie boi się Sojuszu. Wręcz przeciwnie - dopóki amerykańscy żołnierze stacjonują w Gruzji, panuje tam pokój. Podobnie w Afganistanie misja oddziałów NATO pokrywa się rosyjskimi interesami. Moskwę boli wyłącznie fakt, że traci dawne wpływy na arenie międzynarodowej. Trzeba przyznać, że strategia przyjęta by powstrzymać wejście Ukrainy i Gruzji do Paktu działa wyśmienicie. Zamiast jak zwykle wygrywać przeciw sobie interesy różnych członków UE, Moskwa postawiła tym razem na zantagonizowanie starej i nowej Europy oraz USA.


W ramach zapłaty za odrzucenie starań Ukrainy, Moskwa kusi NATO zgodą na transport zaopatrzenia do Afganistanu przez swoje terytorium. Światowa potęga świadoma własnej odpowiedzialności (a taką właśnie próbuje być Rosja) powinna być zainteresowana takim układem bez negocjacji. Jeśli Rosjanom uda się zamknąć drzwi Sojuszu przed Ukrainą i Gruzją, politycy na Kremlu będą mogli świętować zwycięstwo. Ich szantaż znów zakończy się sukcesem. Za murami Kremla urzędnicy śmieją się pewnie do rozpuku z polityki ustępstw Ministra Spraw Zagranicznych Niemiec Franka Waltera Steinmeira. To dlatego Rosjanie nie traktują zbyt poważnie Unii Europejskiej ani Berlina. Ustępstwa są dla nich znakiem słabości Europy. Ludzie Kremla znacznie lepiej dogadują się z teksańskimi kowbojami rozumującymi w kategoriach Realpolitik. Nawet jeśli Moskwa mówi o "wielobiegunowości" i szacunku dla innych na arenie międzynarodowej, zasady te odnoszą się tylko do stosunku innych do Rosji, a nie odwrotnie.

W jednej kwestii Rosja rzeczywiście ma rację. Integracja Kijowa z NATO ma niewiele sensu, gdy popiera ją tylko 30% ukraińskiego społeczeństwa. W Gruzji za wstąpieniem do Sojuszu opowiada się pod 70% mieszkańców. Planu Działań na Rzecz Członkostwa powinna w przypadku Ukrainy zastąpić inna strategia, która pomoże wprowadzić kraj w zachodnie struktury. Integracja Ukrainy z Zachodem mogłaby w perspektywie doprowadzić do otwarcia się Rosji. Właśnie temu chcą zapobiec politycy w Moskwie. Wizja NATO jako niebezpiecznego wroga jest im potrzebna na arenie wewnętrznej, by wodzić za nos własnych obywateli.

miedwiediew%20niemiecki%20minister.jpgNiemiecki minister spraw zagranicznych Frank Walter Steinmeier to największy wróg Dimitrija Miedwiediewa, choć pewnie sam nie zdaje sobie z tego sprawy. Jako szef opozycyjnej wobec kanclerz Angeli Merkel SPD minister entuzjastycznie wspiera linię polityki rosyjskiej wyznaczoną przez byłego kanclerza Gerharda Schroedera W sposób zgodny z głównym opozycyjnym działaniem SPD przeciwko kanclerz Angeli Merkel, minister entuzjastycznie wspiera sposób polityki względem Rosji, na której kontynuację liczy Kreml.

Steinmeier zademonstrował ostatnio tę postawę sprzeciwiając się w imieniu Rosji włączeniu Gruzji i Ukrainy do Planu Działań na Rzecz Członkostwa (MAP) w NATO. Powiedział też dziennikarzowi z Leipziger Volkszeitung, że Zachód "wystarczająco nadwyrężył" swoje stosunki z Moskwą uznając niepodległość Kosowa i przekonywał, że brak "istotnych powodów", by jeszcze bardziej narazić się groźnej Rosji oferując Ukrainie i Gruzji przyłączenie do MAP na szczycie w Bukareszcie. Niemcy były zszokowane i zażenowane – urzędnik pierwszy raz odstąpił od oficjalnego stanowiska, które mówiło, że rozszerzenie NATO o oba wspomniane kraje jest niemożliwe ze względu na wewnętrzne trudności polityczne i przyznał, iż Berlin po prostu ulega w tej sprawie Rosji.


Pomińmy na razie pytanie, czy rozszerzenie NATO jest w tej chwili najlepszym posunięciem strategicznym, ciągłe spory wokół Kosowa i zasadność pretensji Serbii. Fakt, że Minister Spraw Zagranicznych jednego z najpotężniejszych państw Unii Europejskiej otwarcie broni interesów Moskwy (wyraźnie sprzeciwiając się tym samym polityce zasad prowadzonej przez kanclerz Merkel) to niezwykły przykład na to, jak służalczość może osłabić pozycję reformatorów wewnątrz rosyjskiego rządu.


Steinmeirer nie pierwszy raz przestraszył się gróźb Rosjan. W przeszłości, wsparł Gazpromowi Gazpromu zwalczając plan wspólnej polityki energetycznej zaproponowany przez Komisję Europejską , podzielił stanowisko lidera SPD Kurta Becka, pomagając tym samym Rosji szantażować Lufthansę w kwestii centrum przeładunkowego i łagodził wymowę zapisu swoich przemówień wycinając z nich fragmenty o niedostatkach rosyjskiej demokracji.


W efekcie Steinmeier stał się pośmiewiskiem rosyjskiej prasy. Najgroźniejszym skutkiem tych służalczych zachowań wydaje się fakt, że Steinmeier i SPD wzmacniają w ten sposób agresywną frakcję siłowików, osłabiając jednocześnie cywilnych reformatorów. Przedstawiciele siłowików utrzymują, że na Zachód działa tylko bezkompromisowa polityka gróźb. Potwierdzając tę opinię Steinmeier odbiera argumenty bardziej liberalnym członkom rządu, takim jak Dimitrij Miediwediew.


To naprawdę imponujące,jak grupa byłych szpiegów/skorumpowanych państwowych biznesmenów nauczyła się wpływać na niemiecką politykę wykorzystując spory między Merkel a SPD. Tymczasem choć gołym okiem widać już podziały między kremlowskimi klanami przyznał to nawet prezydent elekt), Niemcy udowodniły, że nie potrafią rozegrać ich na swoją korzyść i popchnąć Rosję w stronę pozytywnych zmian.


Stosunki Steinmeiera z Moskwą to zamknięte koło - poddając się naciskom zachęca Kreml do dalszej agresji. Dopóki ta sytuacja nie ulegnie zmianie, "dobrzy chłopcy" mają małe szanse na uzyskanie istotnej roli w tworzeniu polityki zagranicznej Rosji.


Oto pierwszy z serii artykułów, w których zastanowimy się nad tym, jak Unia Europejska może zmniejszyć swoją zależność od rosyjskiego gazu i zwiększyć tym samym bezpieczeństwo energetyczne kontynentu.


mapa%20gazociagow.gif


Recepta dla Europy

O możliwościach uniezależnienia się Europy od rosyjskiego gazu

Robert Amsterdam, Derek Brower, Tom Nichols


Z zależnością UE od dostaw gazu z Rosji wiąże się mnóstwo różnych czynników, ale jednym z nich z pewnością nie jest nieświadomość problemu. W ostatnich latach podjęto wiele politycznych i biznesowych inicjatyw, które miały tę zależność zmniejszyć. Jednak większość prób zawiodła. Znani eksperci napisali całe tomy analiz i ostrzeżeń, niewiele powstało za to dobrych strategii zmiany sytuacji. Dlaczego Unia Europejska nie potrafi skutecznie zdywersyfikować dostaw energii? Dlaczego obywatele państw członkowskich powinni bać się rosyjskiej dominacji rynku? Czy Europa ma szanse poprawić swoje stosunki energetyczne z Rosją?

Spróbujemy przyjrzeć się najważniejszym wyzwaniom, jakie wiążą się z odpowiedzią Europy na rosnące upolitycznienie dostaw energii z Rosji i wskazać rozwiązania, których zastosowanie pomoże rządom i przedstawicielom świata biznesu zmniejszyć problem i uniknąć w przyszłości kryzysu energetycznego.

Nasze propozycje mają wesprzeć dialog energetyczny, jaki Unia prowadzi z Rosją i posunąć do przodu dyskusję o stworzeniu bardziej konkurencyjnego i bezpieczniejszego rynku, który byłby bardziej opłacalny zarówno dla dostawców jak i dla konsumentów. Sprawa robi się coraz bardziej pilna. Wiele źródeł dzisiejszych problemów widać było już dawno temu. Z biegiem czasu okazuje się, że części z nich można by uniknąć, gdyby kiedyś podjęto zdecydowane kroki. Europa nie może sobie pozwolić na zmarnowanie kolejnych pięciu lat na bezczynnym przyglądaniu się erozji bezpieczeństwa i poddawaniu się coraz większej kontroli monopolu autorytarnego państwa nad dostawami energii.

Od dłuższego czasu dowodzimy, że stosunkom energetycznym Rosji z Europą przyświecają problematyczne zasady podziałów, asymetrii i przejęcia. Mówiąc o „podziałach” energetycznych mamy na myśli sukcesy dyplomacji rosyjskiej, która zablokował zbudowanie wspólnej europejskiej polityki energetycznej, tworząc na jej miejscu wszechobecny system umów bilateralnych z graczami na kontynencie. Mark Leonard i Nicu Popescu z ECFR dokładnie opisali tę strategię w swoim zeszłorocznym raporcie. Czytamy w nim, że „wybieranie poszczególnych państw członkowskich, z którymi podpisuje się długoterminowy kontrakty niszczy podstawy wspólnej polityki energetycznej”. Rosjanie doskonale zdają sobie sprawę, że brak jedności Europy w tej dziedzinie daje im ogromną przewagę.

Ten zaraźliwy bilateralizm uniemożliwił praktycznie wspólne negocjacje czy sprawiedliwy, zgodny z prawem i apolityczny handel surowcami energetycznymi. W 2007 rosyjska taktyka „dzielenia” stała się szczególnie agresywna. Moskwa zaangażowała się w wielkie projekty energetyczne we Francji i Niemczech, podpisała umowę z francuskim Total na eksploatację pól Sztorman, a z zagranicznych inwestorów BP i Royal Dutch Stell uczyniła własnych zakładników.

europa%20energetyka.jpgRosnąca współzależność między Rosją a Europą to teoretycznie bardzo pozytywny scenariusz. Na wspólnym rozwoju i zabezpieczeniu dostaw powinno w tej sytuacji zależeć obu stronom. Jednak ta konkretna współzależność nie opiera się na wolnym rynku czy równym dostępie do zasobów. Te „asymetrie” działają na niekorzyść Europy. Narzucony przez władze monopol Gazpromu nad eksportem to tylko jeden ze środków, które blokują wolną konkurencję w sektorze energetycznym. Utrzymanie monopolu zawęża możliwości wyboru importerów, co z kolei skutkuje brakiem równowagi przy stole negocjacyjnym.

Restrykcje Rosji, która nie pozwala zagranicznym inwestorom na dostęp do zasobów strategicznych (jak gaz i ropa) i notoryczne łamanie międzynarodowych zasad dotyczących prawa własności. Przez wiele ostatnich lat Gazprom uzyskał nieograniczony, bezpośredni dostęp na rynki europejskie. Tymczasem Rosja nie pozwoliła europejskim firmom na podobne zaangażowanie u siebie, co zapewniłoby równowagę i stworzyło rzeczywistą współzależność.

Widzieliśmy też w ostatnim czasie przykłady rosyjskiej techniki sabotowania alternatywnych projektów przesyłu surowców energetycznych, które dzięki działaniom Moskwy stawały się nieatrakcyjne i nieopłacalne. Widać to najlepiej w przypadku rosyjskie umowy z algierskim Sonatrachem, w wyniku której w rękach grupy znalazło się 69% włoskiego gazu. Ta przerażająca perspektywa skłoniła Eni do podpisania z Gazpromem jednej z największych na świecie umów na dostawy gazu. Rosja głośno mówi też o stworzeniu gazowego odpowiednika OPEC. Choć krytycy pomysłu uważają go za niemożliwy do zrealizowania, organizacja tego typu stałaby się niezwykle potężnym graczem zdolnym koordynować światowy rynek i zniszczyć wszelką konkurencję.

Rosja jest też znacznie bardziej niż Europa aktywna na arenie. Podpisał kontrakty z innymi eksporterami surowców energetycznych, jak Wenezuela, Boliwia, Kazachstan czy Turkmenistan. Ostatnią umowa na rurociąg z Azji Środkowej odebrano powszechnie jako ostateczny cios zadany projektowi Nabucco, który miał dostarczać do Europy gaz niekontrolowany bezpośrednio przez Rosjan.

Na obecną zależność energetyczną Europy od Rosji nie ma prostego lekarstwa. Jeśli jednak Bruksela i rynek zaczną analizować rosyjską politykę energetyczną, uda się może znaleźć konstruktywne, pragmatyczne pomysły na zmianę sytuacji. Zbliżamy się do momentu, gdy Europa zacznie płacić wysoką cenę za własną bezczynność. Społeczność międzynarodowa i Unia Europejska powinna zmusić Rosję do przestrzegania prawa międzynarodowego i odpolitycznienia handlu surowcami energetycznymi. Tylko na tej podstawie da się zbudować długotrwałą, zrównoważoną i opłacalną dla obu stron relację między dostawcą a odbiorcą.

NATO i rosyjska histeria

| No Comments | No TrackBacks

Jewgienij Kisieliow z radia Echo Moskwy pyta po co Kreml ciągle robi wielkie zamieszanie wokół ekspansji NATO i zauważa, że polityka Moskwy generuje napięcia między rządem a rosyjskimi elitami, których przedstawiciele chętnie podróżują na Zachód.


nato-russia.jpg

Choć wybory prezydenckie mamy już dawno za sobą, władze wciąż odwołują się do retoryki strachu powtarzając argument o wrogim zagranicznym bloku, który nie chce pozwolić Rosji wstać z kolan.

Przeciętnego Rosjanina nie bardzo obchodzi ekspansja NATO. Gdyby zapytać przypadkowego przechodnia: ,,Czy jesteś przeciwko wstąpieniu Ukrainy do NATO?” odpowie pewnie, że tak. Taka odpowiedź nie jest szczególnie zaskakująca - w taki sposób nauczono go myśleć. Przez dziesiątki lat propaganda wbijała mu do głowy, że NATO to agresywna organizacja, która kiedyś zagrażała Związkowi Radzieckiemu, a teraz Rosji.

Założę się jednak, że gdyby tego samego przechodnia zapytać o jego główne obawy związane z polityką państwa, sprawa przyjęcia Tibilisi i Kijowa do NATO nie przyjdzie mu nawet do głowy. Zamiast tego będzie mówił o inflacji, rozszerzającej się korupcji, nadużywaniu władzy przez milicję, niesprawiedliwości sądów czy gigantycznych korkach na ulicach miast. Na liście znalazłoby się pewnie wiele innych problemów, ale mało prawdopodobne, by jednym z nich było NATO.


Rosjanie nie raz słyszeli już alarm, jaki Putin podnosił przy okazji kolejnych etapów rozszerzania NATO na Wschód. Przerażające konsekwencje dla Rosji miało przynieść przyjęcie do paktu byłych państw Układu Warszawskiego - Polski, Czech i Węgier. Te same czarne scenariusze kreślono później, przy okazji wejścia do NATO Litwy, Łotwy, Estonii, Rumunii i Bułgarii. Jednak przy żadnej z tych okazji nie stało się nic strasznego.

nato_russia_web.jpg

Przy okazji niedawnego spotkania z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, Putin wygłosił niezwykle istotną uwagę: "W dzisiejszych czasach, gdy świat nie dąży już do konfrontacji dwóch wrogich sił, niekończąca się ekspansja bloków militarnych jest nie tylko niepraktyczna, ale wręcz szkodliwa".

Innymi słowy, Putin przyznał, ze NATO nie stanowi dziś militarnego zagrożenia dla Rosji. Co go więc tak niepokoi? Odpowiedź znajdujemy w dalszej części jego wypowiedzi na tej samej konferencji prasowej: "[Ekspansja NATO] wygląda na próbę tworzenia alternatywy dla ONZ. Już dziś organizacja działa poza statutowymi granicami. Nie mamy nic przeciwko pomocy dla Afganistanu, ale... to nie jest problem NATO”.


Właśnie na tym polega problem Putina związany z rozszerzeniem paktu. Prezydent obawia się, że zmienia się struktura stosunków międzynarodowych, że w cieniu ONZ, gdzie Rosja ma zapewnione miejsce w Komisji Bezpieczeństwa z prawem weta, wyrasta nowy pretendent do globalnych wpływów - NATO. A ponieważ Pakt Północnoatlantycki wymaga od swoich członków bezwzględnego przestrzegania zasad demokracji, Moskwa może znaleźć poza granicami nowej struktury.

Anders Aslund dowodzi na łamach the Daily Star, że Rosja powinna dostać od Zachodu jeszcze jedną szansę, ale dopiero po tym, jak Putin ostatecznie odejdzie ze stanowiska.

putin%20mapa.jpg

W przemówieniu z 9 maja 2007 wygłoszonym przy okazji rocznicy rosyjskiego zwycięstwa w II Wojnie Światowej, Putin porównał Stany Zjednoczone do nazistowskich Niemiec: "Musimy pamiętać, że przyczyn każdej wojny trzeba szukać w błędach czasów pokoju, a źródłem tych ostatnich są konfrontacyjne i ekstremistyczne ideologie. Nie możemy o tym zwłaszcza dzisiaj, gdy te same zagrożenia pojawiają się pod inną postacią. Jak za czasów Trzeciej Rzeszy wykazują one pogardę dla życia i dążenie do panowania nad światem".

Poważni politycy nie mówią rzeczy tego typu.


W podobnym tonie utrzymane są wypowiedzi nielicznych już politycznych przyjaciół Putina – Hugo Chaveza z Wenezueli, Mahmuda Ahmadineżada z Iranu i Aleksandra Łukaszenki na Białorusi. W domu, świadomość wzrasta w kwestii tego, że Putin niszczy rosyjskie interesy przez obrażanie i zastraszanie wszystkich. Izoluje państwo od światowych pariasów. Jeszcze gorzej, udało mu się nawet w małym stopniu.


Kiedy Putin został prezydentem w 2005 za priorytet swojej polityki zagranicznej uznał przystąpienie Rosji do Światowej Organizacji Handlu. Tego celu nie udało mu się jednak osiągnąć ze względu na małostkowy protekcjonalizm - nałożenie embargo na drewno z Finlandii i Szwecję, ryby z Norwegii i produkty rolne z Litwy, Ukrainy, Mołdawii, Gruzji i innych krajów.


Rosyjską politykę zagraniczną wyznaczają interesy państwowych korporacji, zwłaszcza Gazpromu, który podpisał umowy z wieloma państwami i zagranicznymi firmami na monopol dostaw. Transport gazociągiem Gazromu kosztuje jednak trzy razy więcej niż podobna usługa rurociągiem na Zachodzie. Powodem są łapówki i straty podczas przesyłu. Priorytetem rosyjskiej polityki zagranicznej wydaje się pomoc kontrolowanym przez państwo firmom, działającym na korzyść urzędników Kremla.


Odbiorcy nie ufają jednak dostawcom, którzy odcinają dostawy, podnoszą nieoczekiwanie ceny, usuwają konkurencję i pozwalają, by produkcja zmniejszała się (jak często robi Gazprom i inne rosyjskie firmy). W rezultacie, eksport gazu z Rosji do Europy zaczął się zmniejszać.


Polityka zagraniczna Putina ma ewidentnie pobudzić populistyczny szowinizm. Walka ,,zagranicą” wzmacnia autorytarne rządy, ale trzeba za nią zapłacić wysoką cenę. USA i Europa,a także byłe republiki sowieckie czują się izolowane przez agresywne praktyki Putina. Wielu szuka sposobu, by uchronić się przed konsekwencjami rosyjskich kaprysów, choćby szukając alternatywnych dostaw gazu.

Obrona Serdiukowa

| No Comments | No TrackBacks

Słowo w obronie rosyjskiego Ministra Obrony

Na ulicach Moskwy i na łamach rosyjskich gazet trwają dyskusje o wywiadzie z ,,prezydentem elektem” (tak nazywają Miedwiediewa po wyborach, by podkreślić, że nowy prezydent nie został wybrany, lecz wyznaczony), który opublikował ostatnio Financial Times. Dyskusje stały się już przydługie i nudna. Dlaczego? Bo nie ma o czym dyskutować. Brak informacji. Cały wywiad to lanie wody. W każdej odpowiedzi Miedwiediewa widać jego całkowitą zależność od Putina. Do tej kategorii zalicza się też według mnie także ostatnie zdanie, w którym przyszły prezydent zaklina się, że jest politykiem zupełnie niezależnym.


Ale zostawmy Miedwiediewa - to postać z wielu względów mało interesująca.Przyjrzyjmy się za to bliżej Ministrowi Obrony – Anatolijowi Serdiukowowi.


Na początek ciekawostka: Niedawno, mój współpasażer w pociągu okazał się oficerem wojsk lądowych. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach. O długim i nudnym wywiadzie Miedwiediewa, głupich reformach w wojsku, o tym, jak oficerowie uciekają z wojska... Kiedy nasza rozmowa zeszła na osobę ministra obrony, zrozumiałem, że oficer nie znał nawet imienia swojego ministra. Za to kiedy przywołałem dawnego ministra i członka GKCzP Jazowa, oficer od razu podał pełne imię - Dimitrij Timofejewicz. Warto zwrócić uwagę, że oficer był młody i nigdy nie służył pod kuratelą Jazowa.

Wydaje się, że w Rosji trwa dziś kampania mająca na celu podważenie autorytetu ministra obrony Anatolija Serdiukowa. Są oczywiście powody, żeby krytykować tego byłego kierownika sklepu meblarskiego (Tak, jak były powody, żeby krytykować byłego ministra Siergieja Iwanowa – obecnie pierwszego wicepremiera. Ale z jakichś powodów nikt nie krytykował Iwanowa. Pewnie dlatego, że jest byłym generałem FSB).


Nagle gazety zaczęły prześcigać się w pisaniu o ogromnym skandalu, jaki wybuchł w Ministerstwie Obrony. jego przyczyną miała być dyrektywa ministra Anatolija Serdiukowa, który chce zdjąć pagony z mundurów pracowników wojskowej służby zdrowia, prawników, dziennikarzy i biurokratów. Według rozporządzenia dyrektora urzędu, wszyscy członkowie wojskowego personelu zostają zastąpieni specjalistami w cywilu.


Jeśli decyzja wejdzie w życie prawie dwieście tysięcy ludzi należących do zbędnych kategorii pracowników straci połowę dotychczasowej pensji i zostanie pozbawionych wielu korzyści zarezerwowanych dla wojskowych.


Na początek wyjawię czytelnikom wielką wojskową tajemnicę: dyrektywa ministra obrony nie pojawiła się niespodziewanie. Zazwyczaj wydanie rozporządzeń tego typu poprzedzają długie i nudne awantury, niekończące się spotkania, dyskusje, sesje kolegiów wojskowych ministerstwa etc.


Nie ma wątpliwości, że wszystko to miało miejsce także w przypadku tego rozporządzenia. Nie mogło być inaczej. Dlaczego więc nagle pojawiło się wielu niezadowolonych generałów? I dlaczego podjęto niewojskowe metody w dyskusji na temat tej dyrektywy – na łamach gazet i w internecie?


Z jakiegoś powodu szczególne niezadowolenie wywołał fakt zepchnięcia do cywila dziennikarzy wojskowych. Jako były dziennikarz wojskowy, który służył 21 lat w siłach zbrojnych, pozwalam sobie wyrazić moje zdanie na ten temat bardziej szczegółowo. Zaznaczę od tego, że mówiłem otwarcie o tym, co oznacza dokładnie usunięcie pagonów z mundurów dziennikarzy wojskowych. Pamiętam, że kiedy sam je nosiłem mówienie prawdy było zakazane.


Do czasu upadku ZSRR do systemu wojskowych mediów informacyjnych wchodziło dziesiątki ogólnokrajowych gazet i magazynów, 24 gazety z okręgów wojskowych, gazety przeznaczone dla personelu wojskowego, dowódców, wojska i konkretnych oddziałów. Ca łkowity nakład tej specyficznej prasy dochodził to 7-8 milionów Egzemplarzy. Teraz ta liczba została zredukowana do 9 ogólnokrajowych gazet i magazynów, 11 tytułów z okręgów wojskowych, 7 gazet dla dowództwa i 22 periodyków konkretnych formacji wojskowych.


wyzwoliciele.jpgNakład głównego dziennika Ministerstwa Obrony, Krasnaja zwiezda (Czerwona gwiazda) wynosi 56. Najbardziej znany magazyn Orientir wydawany jest w nie więcej niż 15 tys. egzemplarzach. Przeciętny nakład okręgowej gazety wojskowej wynosi ok. 4 tysięcy, a gazet dla dowódców i formacji wojskowych – ok. 15 tysięcy kopii.


Według danych Ministerstwa Obrony, tylko Czerwona gwiazda jest wydawana przez pełną redakcję – redaktorów, zastępców, szefów działów i korespondentów. Zespoły okręgowych gazet wojskowych zostały zredukowane do redaktora naczelnego i szefów działów.


Dynamikę spadku nakładu wojskowej prasy mogą odzwierciedlać następujące liczby. W roku 1992, w zespole redakcyjnym gazet okręgowych było do obsadzenia 27 oficerskich stanowisk dziennikarskich, z czego 26 było wypełnionych. W roku 1998 obsadzonych było 19 z 25 stanowisk oficerskich. W 2003 roku 18 z 22. Wśród nich tylko 9 oficerów miało wykształcenie dziennikarskie.


W roku 2007 pozostało 13 oficerskich stanowisk dziennikarskich (3 – przede wszystkim w kadrze administracyjnej, 10 – kreatywnej). Z nich tylko jeden oficer miał wykształcenie w tym kierunku (na Wydziale Dziennikarstwa Akademii Wojskowej rosyjskiej MOD Federacji Rosyjskiej).


Zgodnie z rozporządzeniem ministra Serdiukowa, od roku 2008, w każdym zespole redakcyjnym zostanie tylko dwóch wojskowych: redaktor naczelny i jego zastępca. Wszyscy inni mają być cywilami.


,,Jeśli tak się stanie, będzie to koniec wojskowej prasy” – zareagował na dyrektywę ministra jego zastępca generał Mikołaj Pankow.

Szczerze mówiąc koniec wojskowej prasy nastąpił już dawno. Dziennikarze wojskowi przestali być dziennikarzami 20 lat temu, kiedy stali się narzędziem wojskowej propagandy. Jeśli wcześniej, w czasach ZSRR, polityczna administracja wojska i floty reagowała na swoje publikacje, po pierestrojce finansowanie i sposoby zabezpieczania gazet i magazynów stały się po prostu złe. Wszystko to doprowadziło do sytuacji, w której dziennikarz z okręgowej gazety wojskowej zaczął dostawać kilka razy mniejsze stawki niż jego koledzy po fachu w cywilu.


Na przykład dzisiaj w gazecie Daleko-Wschodniego Obwodu Wojskowego Suworowski nacisk, najlepiej opłacany dziennikarz, publikujący w regionalnych i ogólnokrajowych gazetach, dostaje miesięczną pensję w kwocie 9190 rubli. Pozostali korespondenci ( z doświadczeniem 25-30 lat) 7400-8500 rubli.
W tej sytuacji nie powinno nikogo dziwić że niewielu prawdziwych dziennikarzy pozostało w redakcjach gazet i magazynów wojskowych.


Jeśli weźmiemy pod uwagę, że rola dziennikarzy wojskowych została zredukowana do wspierania oficerów, nikt nie potrzebuje takiego wojskowego dziennikarstwa. Przede wszystkim wojskowi.


Jest też inny powód, dla którego moim zdaniem nie powinno być dziennikarzy wojskowych. Fakt, że ich obecność narusza Konwencję Wiedeńską, według której dziennikarze – nie są kombatantami. W rosyjskim wojsku jest inaczej.


Używając języka menadżerów dziennikarze wojskowi, wojskowa służba zdrowia, prawnicy i inni – to dla wojska "dodatkowe środki".


Według danych statystycznych, co czwarty rubel zainwestowany w wojsko z budżetu państwa znika. Gdzie? Tego nie wie nikt. Myślę, że zaginione pieniądze idą właśnie na te dodatkowe środki.


Główną wadą wojskowych mediów informacyjnych jest to, że są podległe oficerom. Ich mundury to symbol tej zależności. Z powodu ich nieefektywności, nakład jest tak mały, że pisma przynoszą straty. To nie jest dziennikarstwo, ale propaganda. Prawo dotyczące mediów informacyjnych nie rozszerza się na nie w praktyce. (Nauczyłem się tego na własnej skórze).


Wszystko, co robią wojskowi lekarze, prawnicy, dziennikarze, sędziowie i prokuratorzy może być wykonywane przez specjalistów w cywilu. Dzieje się tak większości krajów świata. Serdiukow, jako księgowy i niewojskowy dobrze to rozumie i podejmuje słuszne działania.


Na koniec kilka słów o ,,wybranym” prezydencie. Dlaczego zaczęli prać brudy wojska właśnie teraz? Czy chodzi o to, że nowy prezydent chce wykazać swoje zaangażowanie w sprawę i chęć ,,poprawy sytuacji i głębokich reform”? A może chce na stanowiskach generałów nominować własnych ludzi? Trudno powiedzieć, bo w Rosji wszystko dzieje się jak zawsze za zasłoną tajemnicy wojskowej, która zwykle po bliższej analizie okazuje się bezpodstawna i nieciekawa. Zupełnie, jak wywiad Miedwiediewa dla brytyjskiej gazety.

Inforamcje dodatkowe:
W Siłach Zbrojnych służą:
- wojskowi lekarze – około 60 tysięcy.
- wojskowi prawnicy– około 50 tysięcy.
-pracownicy biurowi (poza służbą zdrowia) – ok. 80 tysięcy.
-dziennikarze wojskowi (włączając pracowników drukarni) – ok. 4,5 tysięcy.

Dane są szacunkowe - dokładnych liczb nie można uzyskać ze względu na tajemnicę wojskową.

Grigorij Pasko, dziennikarz.