
Dzisiejsza wiadomość o bezczelnie twardym ostatecznym terminie ustalonym w sprawie Chodorkowskiego mówi sama za siebie – prokuratorzy przestali nawet udawać, że przestrzegają jakichkolwiek zasad. Chodorkowski i Liebiediew stoją teraz pod ścianą: w ciągu 36 dni muszą przeanalizować ponad 30000 stron akt uzasadniających zmyślone zarzuty przeciw nim.
Prokuratura wydaje się w tej sprawie nieodróżnialna od zarządu Rosnieftu, który stwierdził, że w interesie władzy leży, by trwał już w czasie zbliżających się wyborów prezydenckich w marcu.
Prostackie zarzuty o “pranie brudnych pieniędzy” wysuwane przeciw szefom Jukosu, którzy w chwili aresztowania byli bardzo bliscy podpisania umów z największymi międzynarodowymi korporacjami naftowymi (które sprawdzają potencjalnych partnerów niezwykle skrupulatnie), służy zatuszowaniu największej kradzieży naszych czasów. Bądźcie spokojni – ludzie odpowiedzialni za tę kradzież i ci, którzy się na niej wzbogacili zostaną kiedyś pociągnięci do odpowiedzialności.
Nie powinniśmy jednak błędnie nazywać tego “procesem” czy jakąkolwiek inną formą postępowania sądowego. Zachowanie państwa w tej sprawie wyraźnie łamie wszelkie zasady rosyjskiego i międzynarodowego prawa. Wyroki niezawisłych sądów od Szwajcarii przez Strasbourg po Amsterdam potwierdzają to, co mówiliśmy od początku – oskarżenia są bezpodstawne i politycznie motywowane. Gdyby był to prawdziwy sąd postępowanie zostałoby zawieszone wiele miesięcy temu po wniosku złożonym przez adwokat Karinę Moskalenko.
Wszyscy wiemy, co stanie się z podsądnymi. Po przyspieszonym procesie zostaną uznani za winnych w momencie dogodnym ze względów wyborczych, a potem wysłani do obozu pracy w jeszcze bardziej odległym zakątku Rosji. Fakt, że ten wynik jest z góry zdeterminowany dalej podkopie autorytet obecnej władzy.
Niech nikt nie weźmie tego udawanego procesu za coś innego niż to, czym jest w rzeczywistości: procesu pokazowego, za którym stoi KGB [niech nie zmyli was zmiana skrótu].