
Kandydat na premiera nowego polskiego rządu Donald Tusk oznajmił, że według dokumentów i analiz, z którymi się zapoznał jest szansa, iż sami gospodarze projektu Gazociągu Północnego (Nord Stream) wycofają się częściowo z dotychczasowej jego wersji. Oświadczenie Tuska wskazuje na to, że przyszły polski premier zajął się na serio problematyką bezpieczeństwa energetycznego. Po wypowiedzi jednego z czołowych posłów Platformy Obywatelskiej Andrzeja Czerwińskiego dla Agencji Interfax, w której Czerwiński nie wykluczył przyłączenia się Polski do Nord Streamu wyraźnie widać, że liderzy zwycięskiej partii nie podzielają tego stanowiska. A stosunek do spraw energetyki będzie w istocie testem polityki zagranicznej nowego polskiego rządu i będzie bacznie obserwowany w Europie.
Optymizm Donalda Tuska może zostać wystawiony na poważną próbę. Rosyjski Gazprom i holenderski Gasunie zawarły we wtorek w Moskwie porozumienie, na mocy którego ten drugi włączy się do budowy Gazociągu Północnego po dnie Morza Bałtyckiego z Rosji do Niemiec.
Holendrzy obejmą 9 proc. udziałów w spółce Nord Stream, która projektuje, a także będzie budować i eksploatować bałtycką rurę.Umowa przewiduje również, że rosyjski koncern nabędzie 9 proc. akcji magistrali gazowej Balgzand Bacton Line (BBL), kontrolowanej przez Gasunie, a łączącej Holandię z Wielką Brytanią.
Porozumienie faktycznie pozwoli na przedłużenie Gazociągu Północnego do Holandii, a stamtąd do Wielkiej Brytanii, która jest najatrakcyjniejszym rynkiem gazowym w Europie i której "podbicie" jest jednym z największych marzeń Gazpromu.
Putin oświadczył, że włączenie Gasunie do budowy bałtyckiej rury czyni z tego projektu przedsięwzięcie rzeczywiście wielostronne i stwarza lepsze warunki do jego realizacji.
Holenderski premier Jan Peter Balkenende ze swej strony zauważył, iż dokument ten podkreśla znaczenie współdziałania w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego między Rosją i Unią Europejską. Szef rządu holenderskiego przyznał zarazem, że występują pewne
problemy, dotyczące środowiska naturalnego, jednak oba kraje podejmą starania, aby je rozwiązać.
Prace nad umową trwały od października 2006 roku, kiedy te dwa koncerny gazowe podpisały list intencyjny w tej sprawie. Gasunie miał dotąd 60 proc. akcji BBL Company. Oznacza to, że po odstąpieniu Gazpromowi 9 proc. papierów spółki holenderski koncern zachowa kontrolę nad 235-kilometrową Balgzand Bacton Line, którą tłoczone jest na WyspyBrytyjskie do 16 mld metrów sześciennych gazu rocznie.
Partnerami Gasunie w tym projekcie były dotąd niemiecki E.ON-Ruhrgas (20 proc.) i belgijski Fluxys (20 proc.). E.ON-Ruhrgas był jednocześnie jednym z dwóch - obok innego niemieckiego koncernu BASF-Wintershall - partnerów Gazpromu w Gazociągu Północnym,
którym w 2010 roku z pominięciem Polski i Ukrainy gaz ma popłynąć z Rosji do Niemiec.
Rosyjski koncern ma 51 proc. papierów Nord Stream, a E.ON-Ruhrgas i BASF-Wintershall - po 24,5 proc. Po wejściu Gasunie do spółki niemieckie koncerny zachowają po 20 proc. akcji. Pakiet kontrolny (51 proc.) operatora bałtyckiego gazociągu pozostanie więc w
rękach Gazpromu. Zdaniem dziennika "Kommiersant", "Gasunie ma dać Gazpromowi nie
tyle inwestycje, ile polityczne gwarancje zrealizowania najdroższego projektu gazociągowego w Europie". Cytowany przez gazetę analityk Michaił Korczemkin nazywa holenderski koncern "politycznym sojusznikiem rosyjskiego monopolisty gazowego". "Gazpromowi zależy na przyspieszeniu procesu uzyskiwania zezwoleń (na budowę), a Holandia może mu
okazać dużą pomoc" - przytacza "Kommiersant" opinię Korczemkina. Z kolei Jekatierina Krawczenko, inny przywoływany przez gazetę analityk, jest zdania, że "czwarty uczestnik projektu (Nord Stream) - to dodatkowa gwarancja wejścia Gazpromu na rynek odbiorców końcowych gazu w Unii Europejskiej".
Porozumienie rosyjsko holenderskie może okazać się tym łatwiejsze, że za chwilę może być porozumieniem dwóch monarchii. Jak donosi serwis Newsru.com jeden z liderów partii Jedna Rosja Abdul-Hakim Sułtygow opublikował projekt zatytułowany „O fenomenie narodowego lidera Rosji”. Istotą tekstu jest propozycja by uchwałą specjalnie zwołanego Soboru Narodowego mianować Władmira Putina „liderem narodowym”. Niezależnie od wyników wszelkich wyborów i dożywotnio. W dotychczasowej tradycji rosyjskiej taka posada nosiła nazwę cara.
Pomysł Sułtygowa, który nie jest szeregowym działaczem partii musiał być uzgodniony z Kremlem. To wyjaśnia również propagandowy sens kosztującego 12 milionów dolarów filmu "1612". Film, o którym napiszemy oddzielnie opowiada przecież o końcu „wielkiej smuty” w dziejach Rosji. Zakończonej nie tylko zwycięskim powstaniem przeciwko Polakom ale też WYBOREM nowego cara. Czyżby Rosja miała mieć cara Władimira I?