[Poniższy tekst to pierwszy z cyklu artykułów Grigorija Paski, który podróżował po północnej Rosji planowanym szlakiem Gazociągu Pólnocnego, kontrowersyjnego projektu, który zdaniem wielu może stanowić poważne zagrożenie dla europejskiego bezpieczeństwa energetycznego]
Gaz- bogactwo Rosji, nie dla jej mieszkańców
Wprowadzenie do podróży: Moskwa-Wołogda-Grazowiec-Babajewo-Petersburg-Wyborg-Zatoka Portowaja- Moskwa
Budowa Gazociągu Północnego (lepiej byłoby raczej nazwać go „rosyjsko - niemieckim”), który otrzymał ostatnio nazwę Nord Stream, została zaplanowana na okres między jesienią 2005 a końcem 2010. Zakłada przeprowadzenie przez dno Bałtyku z Rosji aż do Niemiec rury o rocznym przepływie 55 miliardów metrów sześciennych gazu. Gazprom ujawnił projekt budowy gazociągu w 2002 roku. Na lata 2010-2011 zakłada on uruchomienie pierwszego odcinka o przepustowości 27,5 metrów sześciennych. Jak wiadomo, ma on połączyć Rosję z Europą Zachodnią, z pominięciem systemu gazociągów w Europie Wschodniej. Z samego tego faktu można wywnioskować, że gazociąg to pomysł polityczny, nie gospodarczy.
Gazociąg Północny połączy rosyjskie wybrzeże Bałtyku w okolicy Zatoki Portowaja(niedaleko Wyborga) z niemieckim wybrzeżem, w okolicach Greifswaldu. W przyszłości możliwe będzie przeciągnięcie go także do Niderlandów i angielskigo miasta Bacton.
Osiągnie długość 1,2 tysiąca kilometrów i będzie w sumie kosztował 5,7 miliardów dolarów, z czego 2,2 pokryje Gazprom, a NEGPC, konsorcjum, które ma przejąć prawo zarządzania gazociągiem po zakończeniu budowy obiecuje znaleźć kolejne 3,4 miliarda. Zarządem tego ostatniego przedsiębiorstwa już w kilka tygodni po ustąpieniu ze stanowiska kanclerza Niemiec zaczął kierować Gerhard Schroeder.
Przedstawiciele konsorcjum NEGP zapowiedzieli, że inwestycja zostanie przeprowadzona z zachowaniem norm ekologicznych i nie zaszkodzi środowisku naturalnemu Bałtyku. W rzeczywistości nie ma dokładnych badań dotyczących jej wpływu na ekologię. W dodatku nie ma jednoznacznego stanowiska w sprawie stanu dna Bałtyku, na którym spoczywa ponad 30 tysięcy ton trujących substancji z czasów drugiej wojny światowej.
Dlaczego sprawa, w którą jest zaangażowane kilka państw nadbałtyckich, tak nagle nabrała impetu i otrzymała zielone światło? Oczywiście nie chodzi tylko o osobiste kontakty prezydenta Putina i byłego kanclerza Niemiec, Schroedera. O ile Ruhrgas po prostu ma 10 % udziałów w Gazpromie, tak BASF i Gazprom łączą przede wszystkim interesy nieformalne. Największym udziałowcem BASF Wintershall jest niemiecki Dresdener Bank, na czele zarządu którego stoi, od początku bieżącej dekady, Mathias Warnig- szef przedstawicielstwa banku w Petersburgu i osobisty przyjaciel Władimira Putina.
The Wall Street Journal sugerował, że Waring został wybrany na to stanowisko przez samego Putina, co wpłynęło na błyskawiczne tempo rozwoju jego dalszej kariery. Od tej pory Dresdener Bank systematycznie zajmował się najbardziej drażliwymi sprawami rządu rosyjskiego. W sierpniu 2003 roku został wykorzystany w ataku na Jukos. Rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości powierzyło wtedy spółce Dresdener Kleinwort Wasserstein wycenę, przed późniejszą sprzedażą, kluczowych aktywów Jukosu- należących do kompani paliwowej Yuganskneftegas. The Wall Street Journal twierdzi dalej, że Putin i Mattias Waring nadal się spotykają, czasem, choć nie tak często jak kiedyś, jadają obiady na daczy prezydenta.
Do tej pory Gazprom już dwa razy próbował wejść na europejski rynek z pominięciem Ukrainy. Pierwsze podejście to gazociąg Jamał-Europa, który miał kosztować 35 miliardów dolarów, przechodzić przez Polskę i Białoruś, transportować przeszło 30 miliardów metrów sześciennych gazu. Jednak z powodu braku podziemnych złóż na szlaku gazociągu, inwestycja, która zdążyła już pochłonąć 10 miliardów dolarów, okazała się kompletnym fiaskiem. Drugie podejście- Blue Stream, przepustowość 16 miliardów metrów sześciennych, koszt 5 miliardów dolarów, miał zostać przeprowadzony po dnie Morza Czarnego do Turcji. Tu także problemem okazał się brak złóż surowca na szlaku.
A teraz trzeci projekt…
W ciągu ostatniego tygodnia, przejechałem rosyjski odcinek rurociągu-od Grazowca(obwód Wołogda)do Wyborga(obwód leningradzki). Miałem jeden cel - zobaczyć, jak żyją ludzie na obszarze „inwestycji stulecia”, co myślą o niej mieszkańcy, jak wyglądają prace. Przed wyprawą skontaktowałem się z biurem prasowym Gazpromu. Odmówili mi wszelkiej pomocy. Piszę o tym nie tylko dlatego, że zarzucam im brak profesjonalizmu, ale przede wszystkim ze względu na fakt, że Gazprom wielokrotnie podkreślał, iż budowa gazociągu będzie otwarta dla pracy. Kłamali. Biurokracja o sowieckiej mentalności, często, jeśli nie zawsze, kłamie. Udają europejską nowoczesność, ale w rzeczywistości ciągle stosują czekistowskie metody pracy: izolację i zakłamanie.
Szczęśliwie ludzie w terenie okazali się bardziej otwarci na prasę niż moskiewscy biurokraci. Warto zauważyć, że to właśnie oni wykonują tu konkretną pracę: budują i obsługują rurociąg. Większość tych z Moskwy to darmozjady i jak każe odwieczna rosyjska tradycja, to właśnie oni dostają najwyższe pensje. Mimo wszystko dużym zaskoczeniem jest dla mnie to, że średnia stawka robotnika pracującego w tłoczni gazu wynosi 5 tysięcy rubli, czyli 200 dolarów miesięcznie.
Wiem, jak żyje się Niemcom korzystajacym z rosyjskiego gazu. Żyje im się dobrze.
Teraz zobaczyłem, jak żyją Rosjanie, mieszkający dosłownie na złożach gazu. Żyje im się źle, żyją w biedzie.
Dlaczego? Czy dlatego, że wszystkim gazowym „top-menagerom”, jak lubią się tytułować, powodzi się zbyt dobrze? Możliwe. Niemniej moje obserwacje niejednemu mogą wydać się stronnicze. Ale nie zapominajmy, że podczas mojej podróży ani razu nie przekroczyłem progów Gazpromu ani też nie dostąpiłem zaszczytu korzystania z przywilejów gazowej biurokracji.